Dzwonek do drzwi

Razu pewnego, gdy akurat kończyłem myć naczynia, dzwonek do drzwi usłyszałem. Nie lubię tego, bo wiem, że dzwonek do drzwi gdy dzwoni to nic dobrego nie niesie, a jak już niesie to tylko nieproszonych gości, których potem wypraszać muszę i zmusza raz kolejny samemu sobie zadać pytanie, czy w ogóle warto drzwi otwierać? Pogrążony w myślach o istocie gości nieproszonych, usłyszałem dzwonek po raz drugi, nachalnie przypominając mi, że ktoś lub coś jest za drzwiami i nie spocznie, póki się nie przebije przez nie. Wytarłem mokre dłonie w ścierkę do podłogi i poszedłem zerknąć kto się tak dobija. Przybliżyłem oko do judasza, co to go sobie zamiast Jezusa na krzyżu, na drzwiach powiesiłem i już wiedziałem z kim mam do czynienia. No może raczej podejrzewałem, bo stu procentowej pewności nigdy mieć nie można. Jehowy! Tak myśl moja brzmiała, gdybym na głos wypowiedzieć ją miał. Nie otworzyłbym, ale goście za drzwiami prędzej mi dzwonek rozwalą niż odejdą. Trudno, co robić? Otworzyłem.

Przed oczyma stanęło mi dwóch facetów. Jeden młodszy, drugi więc starszy być musiał.
– Dzień dobry, nazywam się Bruno… – zaczął młodszy.
Nawet nie zapamiętałem. Wiem tylko, że jakoś żydowsko mi to zaleciało, więc już słuchać nie chciałem, co ma, więcej do powiedzenia, bo najpewniej tylko kłamstwa z jego ust wyjdą. Drugi się jakąś ksywką przedstawił, jakby z więzienia dopiero co wyszedł, chociaż wygląda miał raczej normalny. Trochę mnie zbili z tropu, bo jednak Jehowy to nie były i nawracać mnie raczej nie chcieli. Ale jak nie Jehowy to kto? Co za faceci chodzą parami i zagadują do nieznajomych? Pedały? Nie. Raczej nie pedały. Nie wyglądali na takich. Po chwili olśniło mnie. Akwizytorzy! Znowu trochę musiałem w moich myślach błądzić, bo nim na powrót do świadomości wróciłem, to zobaczyłem, że młodszy z akwizytorów już jakieś próbki tkanin z teczki zdążył powyjmować, gadając coś przy tym nieustannie. Znudzony przejrzałem to co wyciągnął, ale od razu wiedziałem, że klienta we mnie nie znajdzie. Jakbym chciał materiał na firany, to bym poszedł na jakąś ruchliwą ulicę i od babci z łóżka kupił całą belę. Mówię mu, więc uprzejmie „Nie interesuje mnie to!”, ale ten nie przestaje gadać (w przeciwieństwie do starszego faceta, który milczał wciąż). Tłumaczy mi, że jego ojciec ma sklep, że go posyła po ludziach, bo interes słabo idzie. A czy to mój problem? Trzeba było skończyć zawodówkę i mieć fach w rękach, to by lepiej w życiu było, a nie w firmy się bawić. Zostawiłem to zdanie w swojej głowie, bo nie moją rolą jest uświadamianie nieznajomych. Mój brak zachwytu nad próbkami materiałów odniósł skutek. Widziałem początki zrezygnowania w jego twarzy. Ale nie dał za wygraną. Już po chwili przed oczami miałem słoiki z jakimiś przyprawami, cynamonem chyba. Teraz z kolei chwalił się swoim prywatnym interesem. Sprowadził to nie wiadomo skąd. Pewnie z Chin – pomyślałem. Ale nie będę się wtrącał, przecież sam wie lepiej, a prawdy i tak mi nie powie. W milczeniu wysłuchałem prezentacji do końca i grzecznie powiedziałem „Nie!”. Przyszła, więc pora na drugiego faceta, co to do tej chwili milczał, nie licząc momentu, gdy się przedstawiał. A ten mi wystrzeliwuje z dezynsekcją i paplać coś o karaluchach zaczyna, że już od ósmego roku życia u boku ojca przy tym robi, więc zna się na rzeczy i że na pewno w domu mam karaluchy. Nie, nie mam. Po co miałbym mieć? Żeby się z nimi jedzeniem dzielić? W domu, to ja mam tylko siebie, żonę i psa. Z psem też się jedzeniem nie dzielę. Znudziła mnie już ta wizyta, zwłaszcza, że z zza pleców dobiegły mnie odgłosy mojej ulubionej telenoweli. Powiedziałem panom grzecznie „won!” i drzwi zamknąłem, ale nim trzasnęły to jeszcze kilka razy słowa „karaluchy… karaluchy… karaluchy…” usłyszałem. Obsesję miał jakąś czy co? Ze szpitala uciekł? Z resztą, wszystko jedno mi było, ja leczeniem ludzi się nie zajmuję. Nim przed telewizorem zasiadłem, to jeszcze tylko do kuchni się udałem, żeby z najgłębszego kąta, najwyższej półki, najdalszej szafki wyciągnąć pudełeczko białych pastylek i łyknąć jedną, jak to pan doktor zalecił mi dawno temu.
– Kto to był? – spytała żona.
– Nie pamiętam. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Zbuduj dom

Gdy widzicie cygańską żebraczkę w tramwaju to dajecie jej drobne, czy przeganiacie prostacko? A może nic nie robicie? Miesięcy kilka wstecz usłyszałem w tramwaju, jak harcerz mówi do żebraczki „żryj gruz Cyganie”. Nieładnie pomyślałem. Ja zawsze daję 2 zł. Ani mniej, ani więcej. Dlaczego spytacie? Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy przyjrzeć się świni. Tak. Właśnie świni.

Świnia mieszka w chlewie albo oborze albo gdzie tam jeszcze lubi mieszkać i je. Całe dnie je. A jak już się ją utuczy, to idzie pod nóż. Co by było gdyby świnia nie jadła albo jadła wolniej? Trzymalibyśmy ją w oborze albo chlewie dłużej i nie byłoby miejsca dla innych zwierząt. Ta krótka przypowieść niesie uniwersalne przesłanie. Jeszcze nie wiecie o co chodzi? Już wyjaśniam. Pomyślmy, że taki Cygan to świnia. Z telewizji wiemy, że Cyganie nie zbierają na mleko dla dzieci (bo ich dzieci piją coca-colę), a na domy w Rumunii. Niestety Cyganie, którzy trafili do Polski mają pecha, bo mogą liczyć tylko na datki w złotówkach, a nie w euro jak ich francuscy czy niemieccy bracia. Przechodząc do sedna i skracając opis do meritum. Cygan zbiera na dom. Im szybciej Cygan na ten dom uzbiera, tym szybciej wyjedzie. Gdy mijasz obojętnie Cygana, nie wrzucając nic do jego pustego kubeczka po kawie, to tak naprawdę dajesz mu zaproszenie. Mówisz mu w ten sposób, że jest tu mile widziany, dajesz znak, że jego obecność sprawia Ci przyjemność. Natomiast gdy wrzucisz te 2 złote, to tak jakbyś powiedział „won” do tego człowieka. Dlatego chciałbym, aby wszyscy świadomi ludzie przyłączyli się do akcji „Zbuduj dom dla Cygana”, a wtedy będzie więcej miejsca dla nas, Polaków.

Spotting: 17

Nawiązując do artykułu, który ukazał się kilka dni temu na portalu gazeta.pl.

Widziałem Cię! Jechaliśmy tym samym tramwajem, tym samym wagonem. Drugim wagonem. Gdy ja wsiadałem, Ty już tam byłeś. Siedziałeś po środku. Cały wagon był pusty. Zauważyłbyś mnie, gdybyś tylko chciał. Pogrążony byłeś w myślach. Jakich? Nie wiem. Może było Ci smutno, może wręcz przeciwnie. Ale kto ze szczęścia jeździ sam w drugim wagonie tramwaju? Może ukradkiem zerkałeś przez okno. Na ludzi? Ludzi tak innych od Ciebie. Zazdrościłeś? Wyśmiewałeś? Nie byłem w Twojej głowie. Nigdy nie będę. Gdybyś wtedy spojrzał na drzwi. Zwrócił na mnie uwagę. Może mógłbym zasiać wtedy w Twojej głowie jedną myśl. Jedną prośbę. Bardzo małą, ale bardzo pożyteczną. Może nie pożyteczną Tobie, ale innym. Ludziom, którzy musieli jechać z Tobą tym tramwajem. PRZESTAŃ ŚMIERDZIEĆ!!! Tylko tyle mam Ci do przekazania. Ty żulu, ty pijaku w niebiesko-czarnej kurtce… UMYJ SIĘ! A jeśli już musisz śmierdzieć, to chociaż nie wsiadaj do tramwaju. Jeśli to czytasz, to mam nadzieję, że zrozumiesz. O nic więcej nie proszę.

Konsekwencje spontaniczności Mariana w zderzeniu z materią nieożywioną

Szedłem kiedyś z Marianem chodnikiem wzdłuż ulicy. Rosły tam drzewa liściaste dość wysokie nawet. Zagajam do niego „Marian, nie wejdziesz na drzewo?”. Patrzę, a ten mi już prawie z samego czubka po chwili ręką macha. Myślę sobie, że to za prosta nie-prośba i nie-zadanie było. Spróbowałem, więc czegoś trudniejszego. Akurat moje bystre oko lewe dostrzegło w odległości metrów więcej niż dwudziestu, dziadka co szedł sobie powolutku przed siebie. Mówię do Mariana „Marian, nie rzucisz kamieniem w tego dziadka?”. Oczywiście wcale nie chciałem by rzucał, bo czemu dziadek ma cierpieć, za swoje przypadkowe pojawienie się na naszej drodze? Ale Marian ochoczo już odpowiedniego kamienia na pobliskim torowisku szuka. O dziwo znajduje płaski, obły, idealny do puszczania kaczek i nawet podobnym rzutem, jakby całe życie nad jeziorem spędził, posyła ten kamień wielkim trafem znaleziony, idealnie w głowę dziadka, co też powoduje natychmiastową wywrotkę tego. Dziadek upadł, ale wstał. Niestety tylko po to, by znaleźć się na bezpośredniej linii ataku Mariana. Z ledwością go powstrzymałem, a dziadka przeprosiłem za kolegi zachowanie. Nie lubię gdy Marian wychodzi z inicjatywą. Jest w tej swojej spontaniczności mocno bezmyślny i boję się, że kiedyś coś mu się stanie i nie będzie to moja wina, jak ostatnio. Powiedziałem do niego „Marian, nie zatrzymasz tramwaju?”. A on już na torowisko wbiega, nawet nie zdążyłem go pochwycić, nogami się zaparł, jakby z niedźwiedziem miał walczyć, a nie wielotonowym metalowym kolosem. Motorniczy tylko zdążył dzwonek alarmowy zapuścić, ale nic to nie dało. Marian poległ. Na szczęście nie w sensie życiowym, a jedynie zadaniowym. Nie zatrzymał tramwaju. Nie dał rady. Szczęście w nieszczęściu, że sytuacja miała miejsce niedaleko szpitala, więc szybko go tam odstawiłem, bo o dziwo po zderzeniu nawet poruszać się mógł. Adrenalina swoje zrobiła i zanim ciało Mariana dowiedziało się o złamanych kościach to trochę czasu minęło. Wylądował w szpitalu. Odwiedzałem go czasem. Gdy tylko mogłem. Ale to już nie był ten sam Marian. Coś w nim pękło. Myślę, że zrozumiał, że nie może wszystkiego. Uświadomił sobie, że nie jest bogiem. I choć teraz wydarzenia te są tylko mglistym wspomnieniem, zabawną anegdotą z jego życia, a naszych wspólnych przygód, to jeśli spojrzycie głęboko w oczy Mariana, zobaczycie mały szary punkcik… zgasłą wiarą w nieskończoną moc człowieka.

W… zoo

Chodzicie do zoo? Ja czasem lubię popatrzeć na istoty głupsze ode mnie, ale może szczęśliwsze. W końcu nikt ich nie zmusza do pracy od 7:30 rano. Cały dzień mogą leżeć, biegać, jeść albo nic nie robić, a ja muszę pracować, jeść, tysiąc innych rzeczy wykonywać i dopiero mogę iść spać.

W mieście na W… mamy całkiem ładne zoo. Co prawda nie ma pand i słoni albinosów ale są małpy i inne takie, podobne do nas. Czy chciałbym być małpą? Bo ja wiem? Perspektywa wiszenia na gałęzi i jedzenia bananów niespecjalnie mnie urządza, ale perspektywa wypełniania co roku oświadczenia majątkowego tak samo mnie odrzuca, a mimo to wypełniam najlepiej jak potrafię. Wiecie, że bez sensu jest to co przed chwilą przeczytaliście? Jeśli nie wiecie, to źle z wami i potrzebny wam np. Fenobarbital 🙂 Chcecie trochę? Została mi cała niechciana fiolka, z czasów moich aptecznych przygód. Nie… żartowałem, nie podzielę się!

Moje pierwsze i ostatnie kino

Padał dziś śnieg, a to przywiało wspomnienia mojego jedynego wyjścia do kina. Było to dawno, dawno temu, w czasach gdy multipleksy dopiero pączkowały. Długo przygotowywałem się na ten dzień. Pieczołowicie dobierałem strój, w końcu do kina, to prawie tak samo jak w niedzielę do kościoła. Zastanawiałem się, w których butach pójdę, a które wezmę ze sobą w reklamówce, na zmianę. Przecież nie będę brudził podłogi, co by pani sprzątaczka potem kazała mi błoto jej szczotką zmiatać. Już na 2 tygodnie przed tym dniem miałem wszystko skompletowane, drogę obmyślaną, bilet kupiony. W kasie dziwili się czemu na za dwa tygodnie bilet kupuję. Przecież miejsca i tak będą. Na mongolskie filmy nikt do kin nie chadza. Cóż, ja chadzam! A przynajmniej raz byłem… albo chciałem być, bo jak już jechałem w stroju, którego niejeden mieszkaniec wsi by się w niedzielny dzień nie powstydził, z butami na zmianę w reklamówce, z biletem wydrukowanym specjalnie dla mnie dwa tygodnie wcześniej… to zepsuł się tramwaj w którym byłem. Cała linia stanęła. A ja razem z tą linią. Tramwaj ruszył po godzinie, a ja już nie. Stracić 20 minut z początku mongolskiego filmu, to jak stracić cały film. Darowałem sobie i do kina już w ogóle nigdy nie poszedłem. Zapomniałem, że takie przybytki uciech cielesnych w ogóle istnieją. Od tej pory chadzam wyłącznie do warzywniaka, co to go mam niedaleko mieszkania i zamiast ludzi na płóciennym ekranie, to oglądam marchewki w drewnianej skrzynce. Czasem to lepsze nawet od niejednej polskiej komedii romantycznej (na które nigdy w życiu bym nie poszedł, bo z kinem mongolskim nic równać się nie może).
Na koniec drogi czytelniku, zadanie dla Ciebie. Powiedz mi co w tej historii nieprawdą było i nigdy się nie zdarzyło?