Konsekwencje spontaniczności Mariana w zderzeniu z materią nieożywioną

Szedłem kiedyś z Marianem chodnikiem wzdłuż ulicy. Rosły tam drzewa liściaste dość wysokie nawet. Zagajam do niego „Marian, nie wejdziesz na drzewo?”. Patrzę, a ten mi już prawie z samego czubka po chwili ręką macha. Myślę sobie, że to za prosta nie-prośba i nie-zadanie było. Spróbowałem, więc czegoś trudniejszego. Akurat moje bystre oko lewe dostrzegło w odległości metrów więcej niż dwudziestu, dziadka co szedł sobie powolutku przed siebie. Mówię do Mariana „Marian, nie rzucisz kamieniem w tego dziadka?”. Oczywiście wcale nie chciałem by rzucał, bo czemu dziadek ma cierpieć, za swoje przypadkowe pojawienie się na naszej drodze? Ale Marian ochoczo już odpowiedniego kamienia na pobliskim torowisku szuka. O dziwo znajduje płaski, obły, idealny do puszczania kaczek i nawet podobnym rzutem, jakby całe życie nad jeziorem spędził, posyła ten kamień wielkim trafem znaleziony, idealnie w głowę dziadka, co też powoduje natychmiastową wywrotkę tego. Dziadek upadł, ale wstał. Niestety tylko po to, by znaleźć się na bezpośredniej linii ataku Mariana. Z ledwością go powstrzymałem, a dziadka przeprosiłem za kolegi zachowanie. Nie lubię gdy Marian wychodzi z inicjatywą. Jest w tej swojej spontaniczności mocno bezmyślny i boję się, że kiedyś coś mu się stanie i nie będzie to moja wina, jak ostatnio. Powiedziałem do niego „Marian, nie zatrzymasz tramwaju?”. A on już na torowisko wbiega, nawet nie zdążyłem go pochwycić, nogami się zaparł, jakby z niedźwiedziem miał walczyć, a nie wielotonowym metalowym kolosem. Motorniczy tylko zdążył dzwonek alarmowy zapuścić, ale nic to nie dało. Marian poległ. Na szczęście nie w sensie życiowym, a jedynie zadaniowym. Nie zatrzymał tramwaju. Nie dał rady. Szczęście w nieszczęściu, że sytuacja miała miejsce niedaleko szpitala, więc szybko go tam odstawiłem, bo o dziwo po zderzeniu nawet poruszać się mógł. Adrenalina swoje zrobiła i zanim ciało Mariana dowiedziało się o złamanych kościach to trochę czasu minęło. Wylądował w szpitalu. Odwiedzałem go czasem. Gdy tylko mogłem. Ale to już nie był ten sam Marian. Coś w nim pękło. Myślę, że zrozumiał, że nie może wszystkiego. Uświadomił sobie, że nie jest bogiem. I choć teraz wydarzenia te są tylko mglistym wspomnieniem, zabawną anegdotą z jego życia, a naszych wspólnych przygód, to jeśli spojrzycie głęboko w oczy Mariana, zobaczycie mały szary punkcik… zgasłą wiarą w nieskończoną moc człowieka.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s