On zachorował na pracę!

Marian wielokrotnie powtarzał, że praca jest zaraźliwa. Nie lubił chorować, jak większość ludzi, ale na pracę nie lubił chorować wyjątkowo. Zdarzało mu się oczywiście czasem złapać tego złośliwego wirusa, ale z każdym kolejnym razem uodparniał się na niego coraz bardziej. Jego stosunek do pracy można określić jako całkowitą przeciwność, entuzjastycznego podejścia jakie miał Jerome K. Jerome. Szliśmy pewnego razu chodnikiem, gdy na przed nami nagle wyrośli robotnicy kopiący jakiś rów. Marian nerwowo próbował zawrócić, a ja śmiałem się z niego. „Przecież nic Ci się nie stanie” mówiłem. „Praca to nie wyrok, miliony ludzi to mają i żyją”, „nie zarazisz się od samego patrzenia czy przejścia obok”. Marian zaufał mi. Nie przeszliśmy na drugą stronę ulicy, tylko raźno przed siebie, mijając kilku robotników i ich koparkę.

Następnego dnia Marian nie odbierał telefonu. Kolejnego także. Zaniepokoiłem się. Poszedłem do niego, ale nikt mi nie otworzył. Trzeciego dnia spotkałem go przypadkiem na ulicy, gdzie kopał rów. Spojrzał na mnie spode łba, ale się nie odezwał. Ja też nie miałem odwagi. Wiedziałem, że to przeze mnie pracował. Ja na niego tą chorobę ściągnąłem. Do dziś mam wyrzuty sumienia z tego powodu, chociaż niejedną wódkę mu postawiłem. Na szczęście po dwóch tygodniach wyzdrowiał. Rzucił łopatę. Zdjął pomarańczową kamizelkę i poszedł przed siebie. Jak zawsze przed siebie.

Badanie

– Musisz iść do endokrynologa – powiedziała żona.
– Mhm – odchrząknąłem, że niby usłyszałem. Nie lubiłem jak przerywała mi oglądanie „Rozmów w toku”, takimi głupotami jak jacyś tam lekarze. A odcinek był wybitnie ciekawy. Ale nie będę protestował, jeszcze obiadu nie dostanę. Pójdę. Zapiszę się i pójdę. Pewnie za pół roku.
O dziwo udało mi się zapisać na wizytę już na następny dzień.
Budynek do którego miałem za chwilę wejść, nie przypominał ani przychodni, ani szpitala, wyglądał zupełnie zwyczajnie. Nie miał żadnych medycznych oznaczeń. Ale taki adres dostałem, więc nie będę drążył tematu. Wszedłem i raczej bez trudu znalazłem odpowiedni pokój. Przed drzwiami czekała tylko jakaś starsza pani z pieskiem. Odetchnąłem z ulgą. Byłem przygotowany na co najmniej siedemnaście starych bab, a tu tylko jedna i do tego z pieskiem. Na dodatek za chwilę weszła do gabinetu. Trochę mnie to zastanowiło, że tak z psem wchodzi, ale skoro budynek nie wyglądał jak przychodnia, to może i „przychodniowe” standardy tu nie obowiązywały. Usiadłem i czekałem cierpliwie. Zegarek wybił, a raczej by wybił, gdyby wybijać potrafił, a jako zegarek naręczny tej umiejętności nie posiadał, to tylko wybił-tyknął godzinę 15:30, czyli moją i punktualnie o tej porze drzwi gabinetu otworzyły się, pani z pieskiem wyszła, a głos ze środka zawołał „następny!”. Faktycznie, standardy iście rodem nie z przychodni, skoro każdy wchodzi o swojej porze. Wszedłem nieśmiało do środka, z głową pochyloną, żeby lekarz wiedział, że należyty szacunek mu oddaję. A ten tylko stanowczo, acz uprzejmie powiedział „siad!”. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale mój mózg wnet znalazł odpowiedź. To musi być lekarz wojskowy! Stąd ten ton. Usiadłem, jak kazał. A ten wyciąga do mnie rękę, zakończoną dłonią, jego własną dłonią. Otwartą. Mhm. Tym razem mózg był szybszy i od razu połapałem się o co chodzi. Rękę po kopertę wyciąga! Albo chociaż koniaczek mu się marzy. Jeszcze mnie nie zbadał, a tu już łapówka… tzn. podziękowanie. Nie, nie, nie. Prowadziłem wewnętrzne zaprzeczanie, które zaraz wydobyło się na zewnątrz w postaci ruchu bocznego głową i jedne co w dłoń lekarza włożyłem, to własna dłoń, do mojej ręki podczepiona. Na celu to miało zniszczenie tej krępującej sytuacji już na samym starcie, poprzez zaskoczenie człowieka, moim nieodgadnięciem zasad i udaniem, że całość zrozumiałem jako gest powitalny. Nie zdziwiło go to jednak. Pod nosem wykrztusił ledwo słyszalne słowo „dobrze” i zaczął przeglądać jakieś papiery i zerkać na mnie co jakiś czas. Dumny z siebie, że ukróciłem ten łapówkarski proceder, siedziałem i uśmiechałem się, jednocześnie zapominając o tym, co celem mojej wizyty było. Na szczęście lekarz po to został lekarzem, żeby pacjentów wyręczać. Wstał. Obszedł mnie z każdej strony. Przeczesał mi włosy kilka razy palcami. Ciekawe czego tam szukał. O ile dobrze się orientuje, to wszawica z początkiem XXI wieku przestała być w Polsce problemem. A może było to wiek wcześniej? Mniejsza z tym. Ja na pewno nie mam na głowie istot żywych widocznych gołym okiem. Zajrzał mi w szczękę. Obejrzał zęby. Potem oczy. Może to znachor jakiś jest? Kazał wstać. Wziął jakąś piłeczkę z półki i rzucił w kąt pokoju. Popatrzył na mnie. Ja na niego. On na piłeczkę. Ja na piłeczkę. On na mnie. Ja na niego i piłeczkę. Głupek pomyślałem i poszedłem po piłeczkę. Odłożyłem ją na biurku przed nim. A ten znowu ją chwyta i w kąt rzuca. Nie, tak się bawić nie będę. Poszedłem i położyłem ją na blacie. Chyba moja stanowczość przekonała go, że to nie ma sensu, bo usiadł, a ja wraz z nim i zaczął coś wypisywać na kartce. Wsadził mi ją potem za kołnierz i krzyknął „następny!”. Teraz już byłem pewny, że to jakiś kretyn. Wyszedłem czym prędzej z gabinetu, w drzwiach mijając kolejną starą babę z pieskiem. Wariaci, a nie lekarze! Zezłoszczony stratą czasu i obcowaniem z dziwadłami wsiadłem do tramwaju i udałem się do mojej rezydencji o nazwie kodowej M-0,5. Będąc już prawie pod domem, zauważyłem długą gałąź leżącą na chodniku. Nie myśląc zbyt wiele chwyciłem ją i wszedłem do bloku. Gałąź się zawsze może przydać, zwłaszcza taka ładna jak ta. W domu żona czekała na mój powrót. Moje znalezisko od razu rzuciło jej się w oczy.
– Coś Ty przyniósł? – spytała zdziwiona.
– Gałąź. – odparłem całkowicie szczerze, w końcu była to gałąź. – Nie podoba Ci się? Ładna jest. – oglądałem ją z zadowoleniem. Była to przecież bardzo ładna gałąź.
– Wywal to! – rozkazała żona.
– Nie! Wrr… – zawarczałem na nią.
Popukała się tylko w głowę.
– Jak było u endokrynologa? – spytała.
– A daj spokój… to jakiś idiota. – odpowiedziałem, przypominając sobie jednocześnie o karteczce za kołnierzem. Wyciągnąłem ją.
– Zobacz… – podałem kartkę żonie.
– 100/120 – przeczytała z karteczki. – to Twoje ciśnienie czy co?
– Nie wiem. Nie powiedział. Mówiłem, że ten kynolog to idiota.
– … kynolog? – spytała.
– Kazałaś mi iść do kynologa to poszedłem. A teraz robisz z tego problemy. To on był idiotą, nie ja. Jak jesteś taka mądra to sama tam idź i sprawdź – wiedziałem, że ta odpowiedź zapewni mi wygraną potyczkę słowną i nawet odpowiedź żony – … sam jesteś idiotą, skoro do kynologa poszedłeś – na nic się zdała, bo dyskusja była wygrana. Przeze mnie! – A teraz daj mi pół godziny, bo się już „Rozmowy w toku” zaczynają. – Powiedziałem na zakończenie, żeby przypieczętować moje zwycięstwo. Po tym tekście rozsiadłem się wygodnie przed telewizorem i o kynologu więcej już nie myślałem. W końcu był to idiota.