W tramwaju wszystko zdarzyć się może

Jechałem niedawno tramwajem. Niby nic nadzwyczajnego, tysiące ludzi tramwajami jeździ każdego dnia i wielkich historii z tego nie robi. Czemu, więc ja chciałem się z Wami tą historią podzielić? Czy myśleliście kiedykolwiek nad tym, że może nawet zwyczajna jazda tramwajem, tak naprawdę jest czymś więcej? Ja nie myślałem… do pewnego momentu. A teraz sam już nie wiem co o tym myśleć. Chyba jeszcze trochę pomyślę, to może coś wymyślę, do czegoś dojdę i coś z tego będzie, ale póki co, pozostaje mi tylko podzielić się z Wami pewnym spostrzeżeniem.

Cofnijmy się więc w czasie o dni kilka (sformułowanie „cofnijmy się w czasie”, jest tu bardziej istotne niż myślicie), usiądźmy w tramwaju i spójrzmy moimi oczami przed siebie. Co widzimy? Obdrapane siedzenia, porysowane okna, przyklejoną gumę i trzy wlepki. Nie skupiajmy się jednak na takich drobnostkach, bowiem za rok czy pięćdziesiąt lat, już ich nie będzie. Spójrzmy szerzej, na ludzi. Kilka starych kobiet, kilku starych mężczyzn, człowiek w dresie, człowiek w szaliku lokalnego klubu sportowego, człowiek ciut za ładnie ubrany, jak na jazdę tramwajem, uczniowie. Wyjątkowo jak na porę popołudniową tramwaj jest dość luźny. Dalej nie widzimy nic nadzwyczajnego. Pora więc mocno wysilić wzrok i przyjrzeć się człowiekowi w szaliku klubu sportowego. Nie istotne jaki to był klub, istotniejsze jest to, że na pierwszy rzut oka człowiek ten wyglądał na lekko psychicznie chorego (dalej myślicie, że patrzycie moimi oczami? Może Wam też przydałoby się leczenie?). Jego zachowanie odbiegało od zachowania typowego pasażera tramwaju. Nie patrzył smutno przez okno, nie patrzył smutno w podłogę, nie pluł na szyby i nie wycinał nożem podobizny penisa na siedzeniu. Zamiast tego chodził po całym wagonie i dokładnie sprawdzał kasowniki. Kanar pomyśleć by można. Ale to nie był kanar. Aż tak charakterystycznego wyglądu nie miał. Gdybyśmy nasze analizowanie jego zachowania zatrzymali w tym momencie, to nasze myśli podpowiedziałby nam, że jego rozwój zatrzymałby się na etapie pięciolatka, ale poanalizujmy jeszcze chwilę, bo sprawa nie jest tak błaha, jak się pozornie wydaje. Czemu w regularnych odstępach czasu ktoś podchodzi do kasownika i coś sprawdza. Czemu trzyma długopis, ale nie trzyma kartki? Czemu na początku tego akapitu nawiązałem do podróży w czasie? Jeśli pomyślicie nieco i odrzucicie prawdopodobne wytłumaczenia tych zachowań, to pozostanie tylko jedna, jedynie słuszna odpowiedź. Człowiek ten był podróżnikiem w czasie! Nie! Ale z Was głąby. Komu przyszła do głowy taka odpowiedź, może już przestać czytać, wstać, iść w kąt, uklęknąć na grochu i głośno powtarzać „jezdem debilem”. Sugerujecie się wszystkim co Wam napiszę. Wstyd mi za Was moi drodzy czytelnicy. Co? Ktoś ma jakąś inną odpowiedź? Znowu widzę las rąk w górze… a jeszcze więcej pod biurkami i kołdrami. Niegrzeczni czytelnicy! Na wszystkie swoje pytania muszę odpowiadać sam, nie mogę na Was liczyć. Trudno. Może kiedyś mnie zaskoczycie. Usiądźcie wygodnie i przestańcie robić te wszystkie brzydkie rzeczy, które robicie. Uwaga, teraz poznacie moje zdanie, do jakiego doszedłem w procesie myślowo-poszlakowym. Człowiek miał długopis, ale nie miał kartki. Dlatego, że wszystko notował w głowie. Jeśli notujesz w głowie, to nie możesz być głupi. Jesteś mądry. Sprawdzał nie kasowniki, ale godzinę na nich podaną. Dlaczego? Bo badał zjawisko dylatacji czasu. Takie to było trudne? Następnym razem gdy posądzicie kogoś o chorobę umysłową, będziecie przed nim uciekać, próbować się wyrwać, gdy złapie Was za rękę i będzie coś bełkotać, zastanówcie się dwa razy, czy przypadkiem nie macie do czynienia z geniuszem, który mówi Wam prawdy życiowe dawno zapomnianym językiem. W końcu już wieki temu zapisano, że kto ma oczy, niech patrzy, a kto ma uszy, niech słucha, ale kto ma język, niech nie zawsze się odzywa. Jeśli znaleźliście w tej historii morał, to dobrze, a jeśli nie, to wróćcie do trzymania rąk pod kołdrą. Nikt nie patrzy.

Reklamy

Figurki

Siedział nad biurkiem, dłubiąc precyzyjnie w jeszcze bezkształtnej masie.
– Co robisz? – spytała zza pleców żona.
– Buduję sobie pomnik – odparł z dumą.
– Pomnik? – dopytała z niedowierzaniem.
– Tak, pomnik.
– … trwalszy niż, ze spiżu? – zapytała kpiąco.
– Z białka i cukru i czegoś tam jeszcze, to chyba nie trwalszy – wytłumaczył. – Skąd w ogóle miałbym spiż wziąć? I jak niby nad biurkiem miałbym coś z niego odlewać? Mam puścić wszystko z dymem? – lekko zdenerwowany jej dziwnym pytaniem, wykonał o jeden ruch ręką za dużo i odciął nożykiem fragment masy.
Zacisnął wargi w złości, ale nic nie powiedział.
– No już dobrze, lep sobie ten pomnik. Tylko uważaj, żeby coś złego z tego nie wyszło – pogłaskała go po głowie i poszła do swoich zajęć.

Masa powoli nabierała zaplanowanych kształtów i szczegółów. Co prawda produkt tej wielkości ciężko było nazwać pomnikiem. Najwyżej pomniczkiem, a i to była zbyt poważna nazwa, dla tak małej figurki, ale czy to było istotne? Ważne, że przypominało jego samego.

– Skończyłeś już? – spytała żona, znudzona codziennymi obowiązkami.
– Prawie. Podejdź i zobacz. Czy nie podobny?
Podeszła zaciekawiona efektem, jaki to osiągnął mąż, po wielogodzinnej dłubaninie. Oglądała dokładnie figurkę, ale coś jej nie pasowało, tylko jeszcze nie wiedziała co. Dół był w porządku, środek też, za to z górą było coś nie tak. Wrzuciła mózg na wyższy bieg i dokładniej przyjrzała się górnej części figurki. Potrzebowała kilku chwil, by rzec – Jakieś takie bez życia to jest.
– Bez życia? – wziął gwałtownie z jej rąk figurkę i przejechał jakimś małym narzędziem kilka razy w okolicach oczu. – A teraz?
– Teraz lepiej. Widać pewne podobieństwo – odpowiedziała żona, porównując pomniczek z mężem.
Sięgnął do szuflady i wyjął z niej drugą figurkę, podobną do pierwszej, tylko krótszą, ale za to szerszą.
– Ciebie też zrobiłem, tylko jeszcze dodam życie, żebyś nie mówiła, że trupy produkuję – i z uśmiechem na ustach poprawił już wprawniej twarz figurki. Z oczu zaczęła bić iskierka życia, choć przecież był to tylko zlepek białek i cukrów i innych pomniejszych elementów.
– Ładna. Ładniejsza od tej pierwszej – oceniła żona.
– Bo podobna do Ciebie – odpowiedział z czułością w głosie.
Postawili figurki na biurku, jedna obok drugiej i przypatrywali się im w ciszy. Chociaż były nieco kanciaste i toporne, a jedna na dodatek jakaś taka kostropata, to każdy zauważyłby podobieństwo do ich twórców, a właściwie twórcy, bo przecież żona w procesie tworzenia udziału nie brała, a jedynie jej obraz wyciągnięty z głowy męża posłużył jako wzór dla drugiej rzeźby.
– Wiesz, że nie mogą tutaj zostać? – powiedziała żona, przerywając ciszę.
– Wiem – odpowiedział mąż z lekkim smutkiem.
– Gdzie je postawisz?
Mąż popatrzył w górę i wpadł w lekkie zamyślenie. – Gdzie będzie im najlepiej? – zapytał w myślach samego siebie. Przeleciało mu przed oczami kilka miejsc, ale tylko jedno nadawało się idealnie.
– Zaniosę do ogrodu, tam będzie im dobrze – oznajmił po chwili namysłu.
– Do ogrodu? – powtórzyła jego słowa żona. – One to nie my. Są małe i bezradne. Nie boisz się, że się zgubią?
– Będę miał na nie oko – odparł pewnie.
– A nie boisz się, że Ci coś zniszczą?
– Sama powiedziałaś, że są małe. Co więc takie małe rzeźby mogą zrobić? Jabłka mi zjedzą? – zaśmiał się ciepło w kierunku żony.
Wziął figurki w dłonie i poszedł w kierunku ogrodu. Żona patrzyła na to z daleka. – Lepiej, że robi to, niż miałby nic nie robić – powiedziała sobie w myślach i zajęła się swoimi sprawami.

Oddaj moje wiersze!

Jazda tramwajem stała się dla mnie czynnością tak powszednią, że aż nudną. Oglądanie śmierdzących meneli z wózkami pełnymi śmierdzącego dobytku już nie bawiło jak kiedyś. Podsłuchiwanie rozmów starych bab przestało być rozrywką, jakiej potrzebowałem. Nawet ślina wypluwana przeze mnie poza okno nie miała już tej siły przebicia i spadała smutno po szybie, zamiast pruć przed siebie, aż do spotkania z twarzą przypadkowego człowieka.

Ze smutkiem wspomniałem dawne czasy, gdy w ramach jakiejś akcji społecznej w tramwajach powieszono wiersze. Gdy człowiek wchodził do wagonu i mógł przeczytać twórczość młodych poetów, to od razu się lepiej gdzieś tam w środku robiło. Niektóre wiersze podobały mi się tak bardzo, że czytałem je wciąż od nowa, próbując zrozumieć, co autor miał na myśli. Aż w końcu pojmowałem, że jedynym celem jaki przyświecał autorowi, było odwrócenie uwagi od przystanku, na którym zwykłem wysiadać. Obcowaniem z kulturą wyższą pochłaniało mnie. Mocno pochłaniało. W pamięci niewiele mi co prawda zostawało, ale dałem radę przypomnieć sobie dwa, krótsze wiersze, które wydawało mi się wtedy, że znaczą coś więcej, niż tylko psotą są poety, zmuszającą człowieka do chwilowego oderwania się od rzeczywistości.

„Gdy gwiazdy na niebie migocą
Włączam porno w komputerze
Lubieżnie dotykam się nocą
W żadnego boga nie wierzę.”

Drugi z nieco innym przesłaniem, ale myślę, że dla ludzi obytych zrozumienie go to przysłowiowa bułka z gównem.

„Zdeflorowałem ją kijem z lasu,
Drągiem długim i twardym,
Radośnie piszczała,
Trochę płakała,
Na końcu skomlała,
A potem zasnęła,
Przysypała ją ziemia.

Córeczko!”

Niestety próba ukulturalnienia społeczeństwa się nie udała, wiersze jak znienacka się pojawiły, tak znienacka zniknęły. Podsłuchałem niedługo potem, jak dwie stare baby tłumaczyły to zjawisko. Podobno wszystkiemu winien był jakiś dzieciak, synek wysoko postawionej osoby. Podobno, gdy jechał do teatru ze szkolną wycieczką, długo przyglądał się kartce z jednym z wierszy, a po powrocie do domu spytał mamusi co to jest „defloracja”. Podobno mamusia była zła i kazała zdjąć całą poezję z komunikacji miejskiej. Od tej pory ludzie mogli tylko czytać reklamy, a dzieci miały zakaz szkolnych wyjść do teatru. Dziwnym jest, że jakoś tej wysoko postawionej kobiecie, nie przeszkadzały „kutasy” w lekturach szkolnych. A może ta pani wcale lektur nie czytała i o tych „kutasach” nie miała pojęcia? A może tam wcale nie było „kutasów”? Może tylko głodnemu chleb na myśli? Na szczęście ja nie muszę odpowiadać na te pytania, a „kutasy” mam w dupie. Nie dosłownie oczywiście. Wracając do sedna, wagony ogołocone z poezji, świeciły szaro brudnymi szybami i tylko kolorowe kartony z reklamami, jeszcze jako tako zabijały codzienną nudę w komunikacji miejskiej, mordując przy okazji komórki mózgowe. Ale coś za coś. Wedle najnowszych badań 83% ludzi lubi czytać reklamy, a 35% świata poza nimi nie widzi. Widocznie ja należałem do tych pozostałych 28%. Właśnie uświadomiłem sobie, że nigdy nie byłem z matematyki asem. Asem, rymuje się z kutasem. Tym przy pasie oczywiście. Znowu odeszliśmy od tematu. Albo „znowuż”, jakby powiedział człowiek, co to właśnie przejechał tuż za oknem tramwaju, w powozie konnym z kilku desek zbitym. Skąd się oni biorą, sam siebie zapytałem. Ze wsi! Odpowiedział mi mój wszystkowiedzący mózg. Pewnie miał rację.

Miesiące mijały. Podróżowanie tramwajem stawało się nudne do granic, a potem te granice jeszcze przekraczało. Nie raz. Ale razu innego, stało się coś nieoczekiwanego.
Samo MZK podało mi pomocną brzytwę, bym chwycił ją mocno i ostrzem odciął nudę, jaka w czasie jazdy mi towarzyszyła. W wagonach pojawił się wyciąg z regulaminu przewozu osób. Zapytacie „A nie było do tej pory?”. Oczywiście, że był. Ale ten był po angielsku! Co prawda to tylko skrót, marne kilka paragrafów, ale przyjemności obcowania z innym, nieznanym językiem nie można było odmówić. Regulamin po polsku miałem w małym palcu (akurat tym, co to go sobie prawie odciąłem, ale to temat na inną historię), natomiast świeżo przyklejony tekst po angielsku stanowił nie dość, że nowość to jeszcze wyzwanie. Jego świeżość i nieskalaność przez analityczno, przetwarzające zdolności mego mózgu prowokowała mnie. Z drugiej strony jednak hamulce wciskały moje zdolności lingwistyczne.
Po polsku przeczytałbym tekst 320 razy i zapamiętał, ale po angielsku? Tu sprawa była trudniejsza. Pewnie, gdy mając dwanaście lat i możliwość spędzania każdych wakacji u taty w Londynie, patrząc jak haruje na budowie nosząc pustaki, to przeczytanie tych kilku paragrafów nie stanowiłoby dla mnie problemu, bo obycie z obcą mową jako takie bym posiadał (ze zrozumieniem może dalej miałbym problem). Niestety moje wakacje nie miały nic wspólnego z Londynem. Z Lądkiem-Zdrój też nie miały. W tym momencie przypomniała mi się scena z pewnego filmu, którego akcja toczy się w średniowieczu. Bohater filmu podróżuje z kilkoma facetami, którzy mówią w innym języku, a on „ani be, ani me”, ale tak długo im się przysłuchuje, aż w końcu zaczyna rozumieć. Potem orientuje się, że oni tylko o dziwkach rozmawiali, a on akurat gustował w młodych chłopcach. Ale mniejsza z fabułą tego obrazu. Myśl zaświtała mi pewna. Czy jak przeczytam te angielskie słowa tysiąc razy, to je zrozumiem? Nie zaszkodzi spróbować. Czytanie nie boli. Poza tym co innego mam robić w tramwaju? Kraść złote łańcuszki? To dopiero za rok, jak zmienią przepisy i z przestępcy stanę się „wykroczeniowcem”. Zanim jednak zmienię profesję na mniej społecznie poważaną, acz większy dochód przynoszącą, to spróbuję zmierzyć się z tym językiem mi nieznanym, może coś dobrego z tego wyniknie? Smutna tylko mi myśl towarzyszyła taka, że bohater filmu może i pojął język swoich kompanów, bowiem w średniowieczu wystarczyło znać tylko kilka słów, by radośnie egzystować w społeczeństwie. „Wilk, matka, dom… ksiądz, danina, dziesięcina… pokuta, widły, pochodnie… stryczek, grzech i piekło” i człowiek sobie jakoś radził, a nawet bogate życie towarzyskie prowadził. A dziś mamy 150 nazw rodzajów butów, a i tak mówimy na nie „te zielone” lub „te skórzane”. Gdyby chociaż ten regulamin był po niemiecku, to może, może coś, ociupinkę bym pojął. W młodości oglądałem filmy, gdzie wysocy blondyni, oddają życie za zjednoczoną Europę. Filmy te na lata ukształtowały mój światopogląd. Dopiero studia uświadomiły mi, że jak ktoś nad jajami nosi napis „Gott mit uns” to jeszcze nie oznacza, że Bóg nad swoimi jajami napisał „Ich bin bei dir”.