Oddaj moje wiersze!

Jazda tramwajem stała się dla mnie czynnością tak powszednią, że aż nudną. Oglądanie śmierdzących meneli z wózkami pełnymi śmierdzącego dobytku już nie bawiło jak kiedyś. Podsłuchiwanie rozmów starych bab przestało być rozrywką, jakiej potrzebowałem. Nawet ślina wypluwana przeze mnie poza okno nie miała już tej siły przebicia i spadała smutno po szybie, zamiast pruć przed siebie, aż do spotkania z twarzą przypadkowego człowieka.

Ze smutkiem wspomniałem dawne czasy, gdy w ramach jakiejś akcji społecznej w tramwajach powieszono wiersze. Gdy człowiek wchodził do wagonu i mógł przeczytać twórczość młodych poetów, to od razu się lepiej gdzieś tam w środku robiło. Niektóre wiersze podobały mi się tak bardzo, że czytałem je wciąż od nowa, próbując zrozumieć, co autor miał na myśli. Aż w końcu pojmowałem, że jedynym celem jaki przyświecał autorowi, było odwrócenie uwagi od przystanku, na którym zwykłem wysiadać. Obcowaniem z kulturą wyższą pochłaniało mnie. Mocno pochłaniało. W pamięci niewiele mi co prawda zostawało, ale dałem radę przypomnieć sobie dwa, krótsze wiersze, które wydawało mi się wtedy, że znaczą coś więcej, niż tylko psotą są poety, zmuszającą człowieka do chwilowego oderwania się od rzeczywistości.

„Gdy gwiazdy na niebie migocą
Włączam porno w komputerze
Lubieżnie dotykam się nocą
W żadnego boga nie wierzę.”

Drugi z nieco innym przesłaniem, ale myślę, że dla ludzi obytych zrozumienie go to przysłowiowa bułka z gównem.

„Zdeflorowałem ją kijem z lasu,
Drągiem długim i twardym,
Radośnie piszczała,
Trochę płakała,
Na końcu skomlała,
A potem zasnęła,
Przysypała ją ziemia.

Córeczko!”

Niestety próba ukulturalnienia społeczeństwa się nie udała, wiersze jak znienacka się pojawiły, tak znienacka zniknęły. Podsłuchałem niedługo potem, jak dwie stare baby tłumaczyły to zjawisko. Podobno wszystkiemu winien był jakiś dzieciak, synek wysoko postawionej osoby. Podobno, gdy jechał do teatru ze szkolną wycieczką, długo przyglądał się kartce z jednym z wierszy, a po powrocie do domu spytał mamusi co to jest „defloracja”. Podobno mamusia była zła i kazała zdjąć całą poezję z komunikacji miejskiej. Od tej pory ludzie mogli tylko czytać reklamy, a dzieci miały zakaz szkolnych wyjść do teatru. Dziwnym jest, że jakoś tej wysoko postawionej kobiecie, nie przeszkadzały „kutasy” w lekturach szkolnych. A może ta pani wcale lektur nie czytała i o tych „kutasach” nie miała pojęcia? A może tam wcale nie było „kutasów”? Może tylko głodnemu chleb na myśli? Na szczęście ja nie muszę odpowiadać na te pytania, a „kutasy” mam w dupie. Nie dosłownie oczywiście. Wracając do sedna, wagony ogołocone z poezji, świeciły szaro brudnymi szybami i tylko kolorowe kartony z reklamami, jeszcze jako tako zabijały codzienną nudę w komunikacji miejskiej, mordując przy okazji komórki mózgowe. Ale coś za coś. Wedle najnowszych badań 83% ludzi lubi czytać reklamy, a 35% świata poza nimi nie widzi. Widocznie ja należałem do tych pozostałych 28%. Właśnie uświadomiłem sobie, że nigdy nie byłem z matematyki asem. Asem, rymuje się z kutasem. Tym przy pasie oczywiście. Znowu odeszliśmy od tematu. Albo „znowuż”, jakby powiedział człowiek, co to właśnie przejechał tuż za oknem tramwaju, w powozie konnym z kilku desek zbitym. Skąd się oni biorą, sam siebie zapytałem. Ze wsi! Odpowiedział mi mój wszystkowiedzący mózg. Pewnie miał rację.

Miesiące mijały. Podróżowanie tramwajem stawało się nudne do granic, a potem te granice jeszcze przekraczało. Nie raz. Ale razu innego, stało się coś nieoczekiwanego.
Samo MZK podało mi pomocną brzytwę, bym chwycił ją mocno i ostrzem odciął nudę, jaka w czasie jazdy mi towarzyszyła. W wagonach pojawił się wyciąg z regulaminu przewozu osób. Zapytacie „A nie było do tej pory?”. Oczywiście, że był. Ale ten był po angielsku! Co prawda to tylko skrót, marne kilka paragrafów, ale przyjemności obcowania z innym, nieznanym językiem nie można było odmówić. Regulamin po polsku miałem w małym palcu (akurat tym, co to go sobie prawie odciąłem, ale to temat na inną historię), natomiast świeżo przyklejony tekst po angielsku stanowił nie dość, że nowość to jeszcze wyzwanie. Jego świeżość i nieskalaność przez analityczno, przetwarzające zdolności mego mózgu prowokowała mnie. Z drugiej strony jednak hamulce wciskały moje zdolności lingwistyczne.
Po polsku przeczytałbym tekst 320 razy i zapamiętał, ale po angielsku? Tu sprawa była trudniejsza. Pewnie, gdy mając dwanaście lat i możliwość spędzania każdych wakacji u taty w Londynie, patrząc jak haruje na budowie nosząc pustaki, to przeczytanie tych kilku paragrafów nie stanowiłoby dla mnie problemu, bo obycie z obcą mową jako takie bym posiadał (ze zrozumieniem może dalej miałbym problem). Niestety moje wakacje nie miały nic wspólnego z Londynem. Z Lądkiem-Zdrój też nie miały. W tym momencie przypomniała mi się scena z pewnego filmu, którego akcja toczy się w średniowieczu. Bohater filmu podróżuje z kilkoma facetami, którzy mówią w innym języku, a on „ani be, ani me”, ale tak długo im się przysłuchuje, aż w końcu zaczyna rozumieć. Potem orientuje się, że oni tylko o dziwkach rozmawiali, a on akurat gustował w młodych chłopcach. Ale mniejsza z fabułą tego obrazu. Myśl zaświtała mi pewna. Czy jak przeczytam te angielskie słowa tysiąc razy, to je zrozumiem? Nie zaszkodzi spróbować. Czytanie nie boli. Poza tym co innego mam robić w tramwaju? Kraść złote łańcuszki? To dopiero za rok, jak zmienią przepisy i z przestępcy stanę się „wykroczeniowcem”. Zanim jednak zmienię profesję na mniej społecznie poważaną, acz większy dochód przynoszącą, to spróbuję zmierzyć się z tym językiem mi nieznanym, może coś dobrego z tego wyniknie? Smutna tylko mi myśl towarzyszyła taka, że bohater filmu może i pojął język swoich kompanów, bowiem w średniowieczu wystarczyło znać tylko kilka słów, by radośnie egzystować w społeczeństwie. „Wilk, matka, dom… ksiądz, danina, dziesięcina… pokuta, widły, pochodnie… stryczek, grzech i piekło” i człowiek sobie jakoś radził, a nawet bogate życie towarzyskie prowadził. A dziś mamy 150 nazw rodzajów butów, a i tak mówimy na nie „te zielone” lub „te skórzane”. Gdyby chociaż ten regulamin był po niemiecku, to może, może coś, ociupinkę bym pojął. W młodości oglądałem filmy, gdzie wysocy blondyni, oddają życie za zjednoczoną Europę. Filmy te na lata ukształtowały mój światopogląd. Dopiero studia uświadomiły mi, że jak ktoś nad jajami nosi napis „Gott mit uns” to jeszcze nie oznacza, że Bóg nad swoimi jajami napisał „Ich bin bei dir”.

Advertisements

One thought on “Oddaj moje wiersze!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s