Bułka nasza powszednia

Metro. Tłok. Wszyscy z pracy wracają, więc nic dziwnego, że tłok. W tym tłoku ja. Z prozaicznie prostą misją. Bułki wrocławskiej mi się zachciało, ale taniej, więc nie kupię tam gdzie zawsze. A że czasu mam w nadmiarze ostatnio, to mogę pojechać i nie grosza i nie dwa, a siedemdziesiąt trzy zaoszczędzić. Mogłem oczywiście wyjść z domu wcześniej, ale ja lubię tak w tłumie podróżować. Lubię jak się o mnie ocierają, jak sapią za plecami, jak depczą buty. Będę miły postanawiam. Nie będę sapał i nie zdepczę. Patrzę jak gapią się tępo w te monitorki z najświeższymi newsami z przedwczoraj. Wszyscy, czy to mają piętnaście czy siedemdziesiąt lat, czytają jak w Łojkowicach piorun uderzył w studnię i wiadro się urwało. Ochotnicza straż pożarna wyłowiła je zaraz po tym, jak skończyła gasić rozniecony przez siebie pożar. W ramach treningu oczywiście. Kto wie gdzie leżą Łojkowice? Nikt. Ale czytają. Sam czytam. I nowa strona do czytania. Ceny złota w dół. Okazuję się, że wagon metra pełen jest Żydów, bo jak inaczej wytłumaczyć tak wielkie zainteresowanie tą wiadomością? Dla niepoznaki tylko założyli filcowe płaszcze i moherowe berety, rydwany na zakupy wzięli i podobnie jak ja, na tańszą bułkę się czają. Czekam, aż wyciągną kalkulatory i zaczną liczyć straty. Boje się, że może sam jestem Żydem? Zajrzałbym w spodnie, ale przy ludziach trochę się krępuję. Kalkulatorów nie wyciągają. Ekran mignął, a dziesiątki głów już trawią nową wiadomość. Rinahanana wydała nową płytę. Wow! Czekałem na to. Cokolwiek by to było. Już widzę jak zaraz cały wagon rzuci się do sklepu, by kupić ten krążek. Stacja. Drzwi się otwierają. Nikt się nie rzuca, nikt nie biegnie. To wina redaktorów. Nie napisali w pięcio zdaniowej wiadomości, że „musisz ją mieć”. Widocznie zapomnieli. Sami sobie winni. Nikt nie wysiadł, za to weszła połowa tego, co już była w środku. Teraz wypełniamy wagon w 150%. Jak to możliwe? Nie wiem. Nie znam się na dodawaniu. Coś zaczyna uwierać mnie w krocze. Patrzę niepewnie w dół. To nie ja. To karzeł, co się zagnieździł między moimi nogami. Teraz już wiem skąd te 150%. Ale nie mówię nic, nie chcę by poczuł się obrażony. Niech sobie pouwiera. Karzeł przynajmniej nie czyta newsów z ekraniku. Za niski jest. Żal mi się go zrobiło, ale przecież mu czytać nie będę. Głos mówi, że zaraz mój punkt docelowy. Cieszę się, bo w wagonie powoli kończy się powietrze. Dobrze, że to nie siedemdziesiąt lat wstecz, bo zaraz po wyjściu kazaliby mi prysznic wziąć i na tym skończyłaby się moja wyprawa. Na szczęście XXI wiek jest inny. Ludzkość już dawno wyzbyła się prymitywnych, negatywnych uczuć i emocji. Szacunek, prawda, dobro i wzajemność, to słowa, które charakteryzują typowego człowieka tego stulecia. Zwłaszcza w Polsce, w tym chociaż przodujemy. Zielona wyspa. Zielona jak Atlantyda.

Drzwi otwarte, można wychodzić. Rzucają się wszyscy, jakby to faktycznie dawniejsze czasy były i kto pierwszy ten przeżyje, ten dziś z prysznica zwolniony. Rzucam się do wyjścia razem z innymi, nie będę gorszy. Wszyscy do schodów ruchomych. Formują już kolejkę, a ja będę sprytniejszy i wejdę schodami zwykłymi (na tych ruchomych czasem trudno mi złapać równowagę), które dziwnie pustką świecą. Widzę, że sporo osób woli chodzić po ruchomych. Mądre to. Nie tylko idziesz, ale i jedziesz. Co z tego, że miejsca w szerz jest na półtorej osoby, dwie się też zmieszczą. W wagonie też był limit, a weszło więcej i jakoś nikt nie umarł. Chyba. Już jestem na powierzchni, nieco szybciej niż inni, ale co z tego, skoro zaraz mnie doganiają i mijają biegnąc bez opamiętania przed siebie. Czuję się jakbym jechał „maluchem”, a obok mnie same TIR-y przejeżdżały, a podmuchy powietrza do rowu spychały. Dobrze, że ja idę w swoją stronę i już za chwilę oddzielę się od tego stada krów. Krowy pobiegły na pętle, łapać autobus, bo przecież odjeżdża, co prawda, co trzy minuty, ale miejsce siedzące trzeba mieć. Nikt normalny nie ustoi trzydziestu minut. Co innego, gdy wielki właściciel sklepu z plastikową biżuterią zażąda ośmiu godzin na nogach i tylko jednej, piętnastominutowej przerwy, pod warunkiem, że tylko pół dupy usadzi się na stołku. Tam stać można, bo tam stać trzeba i ani myśleć o zmianach. I dziękować jaśniepanu, że stołek nie stoi do góry nogami. Wtedy nikt się nie skarży. Na zakończenie dnia, ucałować pana w sygnet (dziwne, że ze złota, skoro sam sprzedaje plastikowe w podobnej cenie) i prosić by dalej pozwolił pracować za pięć złotych na godzinę, albo może tylko za trzy. Bo jak nie, to co wtedy? Głód, szczaw i odkrywkowe kopanie węgla pozostało. Jak zawsze odszedłem myślami gdzieś na bok. Nowy ład społeczny mi się zamarzył. Ale kto by zrezygnował z takiej pracy w imię wyższych idei? Pięć złotych to pięć złotych, a i miejsce siedzące można po ośmiu godzinach stania, wywalczyć w autobusie i dalszą godzinę czy pół przesiedzieć wdychając opary spalania paliw i w ten sposób średnią długość życia zbliżyć do 67 lat i ani dnia dłużej. Na szczęście ja nie ze stadem, pod prąd też nie, tylko gdzieś w bok, w stronę sklepu. Widzę śmieciarzy jak kosze opróżniają. Przyszłość – myślę. Ale póki, co mamy teraźniejszość, więc się nie przejmuję. Gdybym się miał takimi głupotami przejmować, to już dawno bym inną drogę wybrał. Bardziej rozrywkową lub „rozerwałkową”, żeby nie rzec „wybuchową”.

Podróż do sklepu przebiega w miarę spokojnie. Ciemno już się zrobiło, więc większość ludzi zaszyła się przed telewizorami i napromieniowuje sobie oczy rozrywkową na poziomie. „Papapa… Kiepskich świat…”. Na szczęście ja jestem koneserem i oglądam tylko „Rodzinę zastępczą minus dwa”. Docieram do sklepu. Otwarte. Czemu by miało być zamknięte, skoro każdy sklep wyznaje zasadę „nasz klient, nasz pan”. Nie zamkną, dopóki nie kupię. Ochroniarz wita mnie przyjemnym, prostym spojrzeniem. Wiem, że, jakby co, to nie mogę na niego liczyć. On też wie, że jakby, co to mi nie pomoże. Dobrze jest żyć w tej świadomości. Jako, że w tym ultramegamarkecie już kiedyś byłem, to od razu kieruję się w odpowiednią stronę, bo czasu na szukanie bułek tracić nie muszę. Biorę dwie w ręce. Ręce też mam dwie, więc dobrze się składa. Po jednej bułce na rękę i do kasy. Samoobsługowej rzecz jasna, bo nie będę stał w kolejce w normalnej kasie, jak mam tylko dwie rzeczy. Na miejscu orientuję się, że podobną myśl miało dwanaście osób, tylko jakoś dziwnie u nich produktów więcej, chyba ponad przepisowe dziesięć. Nie będę protestował. Albo nie… właśnie, że zaprotestuję, tylko tak jak Ghandi. Milcząco. Dumny z mojej odwagi i chęci czynienia świata lepszym protestowałem przez cały czas oczekiwania na wolną kasę. Protest niesamowity, aż żal, że telewizji nie było, by mogła to sfilmować. Namilczałem się na cały tydzień. Kasa przywitała mnie klasycznie robotycznym podejściem. Weź, dotknij, włóż i tak dwa razy w moim wypadku, a potem zapłać. Jak w burdelu, z tym, że tu sklep, tu panie kasjerki, a tam „dziwy” jakieś. Ale i tak wolę te kasy, bo przynajmniej nie pytają, czy może być bez grosza i nie krzywią się jak 100 zł zobaczą. Najwyżej nie wezmą, albo same zaokrąglą 2,79 do 5 zł i też jest ok. A potem kłóć się z automatem. Podejdzie ochroniarz i powie „proszę nie kłócić się z kasą” i koniec. Kropka. Na szczęście mi kasa wydała całą sumę, co do grosza i w groszach. Gdybym oddał to do skupu złomu to bym zarobił dwa procent. Ale, że jestem tu gościnnie, to nie będę szukał po ciemku skupu metali szlachetnie-kolorowych.

Droga powrotna już bez pośpiechu. Dwie bułki pod pachą. Zaoszczędzone grosze w portfelu. Mijam te same śmietniki. Nikt już się koło nich nie krząta. Nie ma przyszłości? Jakaś na pewno jest. Zbliżam się do stacji. Na murze ktoś namalował penisa. Małego. Obok dopisano „kurwa”. Słowa proroków napisane są na ścianach metra. Jakie czasy, tacy prorocy – pomyślałem i zjechałem schodami ruchomymi, żeby sprawne stawy na starość zachować, bo może uda się dożyć dalej niż do 67 roku życia. Zaraz jednak myśl nową miałem. Jeśli uda się dożyć dłużej, to tylko dlatego, że wiek emerytalny podnieśli i jeszcze im jestem potrzebny. Zaniepokojony tą myślą odpakowałem bułkę i patrząc na bezdomnego, który przysiadł sobie opodal, zacząłem przeżuwać ją powoli i dokładnie. To była dobra bułka.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s