Jeśli nie ja, to nikt!

Grywam z babcią w pokera. Czasami. Czasami, bo zawsze wygrywa. Oczywiście wygrywa, bo pozwalam jej na to. Czasami, bo nie jestem masochistą, by dla jej przyjemności wiecznie przegrywać. Muszę się podkładać, bo jak inaczej, kobieta, która ciągle zapomina gdzie schowała torebkę cukru, miałaby wygrać? Śmieję się, że można by ją zrobić numerem „na wnuczka”, ale ja jej tak nie „zrobię”. W końcu to jednak moja rodzina. Kto by chciał okradać rodzinę? Wystarczy mi jej emerytura. Kiedyś spytała jak to jest „na wnuczka”. Skłamałem, że nie wiem, bo przecież nie będę z babcią o seksie rozmawiał. Pytała potem swoich równie starych koleżanek o to, ale żadna nie wiedziała. Chciała już nawet do księdza iść, ale stanowczo jej odradziłem. Babcia nigdy się nie dowie jak to jest „na wnuczka”. Umrze w tej swojej niewiedzy. I co w związku z tym? Kompletnie nic. Nikogo nie obchodzi niewiedza mojej babci. Ona sama też jakby już coraz mniej swoją wiedzą zainteresowana. Nie pamięta, co wiedziała. Nie wie nawet tego, czego nie wie. Starość. Dobrze, że jeszcze chociaż pamięta, o co w tym pokerze chodzi i potrafi nieźle podbić stawkę. Zapałek rzecz jasna. Co z tego, że zamiast trefle i kiery mówi „sercowe”, „dzwonkowe” czy „żołądziowe”. Poprawiam ją, że nie „żołądziowe” tylko „żołędziowe” przez „e” z kreską. Na co ona „eee… co za różnica?”. Dla mnie akurat jest różnica i myślę, że co najmniej trzy procent społeczeństwa tę różnicę widzi. Wolisz mieć w ustach „żołądź” czy „żołędzia”? Ale babcia albo się ze mną droczy albo nie wie albo jest starą, zboczoną kobietą i powinna się iść wyspowiadać, póki jeszcze ma czas. Jakby w życiu wiecznym miało czasu jej zabraknąć. Chyba, że żadnego życia wiecznego nie ma. W każdym razie gramy na zapałki. Jak nie dam jej wygrać, to nie będzie miała czym papierosów sobie podpalać. A ja nie jestem taki, by jej na starość przyjemność odbierać. Siedzimy więc czasem w pokoju zadymionym niczym piwnica kotłowni i oddychamy pełną piersią, wciągając kłęby dymu. A niech się pęcherzyki płucne duszą, a niech umierają. Przynajmniej zrakowacieć nie zdążą. Ale na tematy raka schodzić nie będziemy. Na raka też nie zejdziemy.

Ostatnim razem, gdy z nią grałem, w sobotę to było, gra i spotkanie niczym się nie różniło od poprzednich gier i spotkań. Tak samo było czuć formalinę w powietrzu i tak samo musiałem udać, że dobieram do piątego koloru i dobrać nie mogę, nie orientując się wcale, że go zwyczajnie nie ma. W każdym razie w połowie mojej wizyty, za potrzebą do ubikacji udać się musiałem. Pewnie od szarlotki, co to ją babcia dla wnusia zrobiła. Nie zorientowała się tylko, że jej zgniłe jabłka na bazarze wcisnęli. Może dla niej nie były zgniłe? Zjadłem to ciasto z taką niepewną, jakby zgniłą miną, żeby jej przykrości nie zrobić. Stara jest, umrze niedługo. Niech się cieszy, że wnuczek zjadł. Ale organizm wiedział, co niedobre i żołądek z jelitami dał mi o tym jasno znać. Siedzę, więc sobie w łazience, nie wchodząc w szczegóły – wiecie co robię. Czas urozmaicam czytaniem instrukcji do pralki, co to zawsze na wierzchu leży. Dziś dla odmiany może po turecku poczytam? A niech będzie po turecku. Literki fajne, takie podobne do naszych, a jednak bardziej zawijaśne mają, to się będzie weselej czytać. Pochłonięty lekturą nie zauważam, jak mija dobre pół godziny, a jelita już od dawna mówią, że wszystko w porządku. Zgniłych jabłek brak. Czas wstawać. Bo mi babcia jeszcze z nudów umrze, jak jej wnuczek nie pozabawia trochę. Myję ręce. W zimnej wodzie, żeby potem mi staruszki rachunek za ciepłą nie zabił. Zabije i nie będzie można pasożytować na emeryturze.

Wychodzę i od razu muszę się bronić przed atakiem słownym, „co tu robisz ty złodzieju?”. Pierwsza myśl – fantastycznie, domyśliła się, że podbieram jej z emerytury. Druga myśl – starość, zapomniała, kim jestem. Nie wiem, którą wersję bym wolał, ale życie wybrało za mnie tą drugą. Próżno tłumaczyć, że jestem jej wnuczkiem, że przecież przed chwilą graliśmy w karty i mnie szarlotką chciała otruć. Niemal policję wezwać się jej udało. Niemal, bo zapomniała numeru. Poszłaby po pomoc do sąsiadki, ale nie powiem jej gdzie są drzwi wejściowe. O wyjściowych też się ode mnie nie dowie. Ma to szczęście kobieta, że jestem dobrym wnuczkiem i zrobię wszystko, by sobie o mnie przypomniała. Udało mi się ją jakoś przekonać, że jestem ministrantem, dziwne, że w to akurat uwierzyła, ale uspokoiło ją to. Wie, że ministrantom można ufać. Ma to zapisane w pamięci komórkowej. Zabiorę ją na spacer po mieście, może świeże powietrze jej na mózg dobrze zrobi, a widok znajomych miejsc coś w głowie rozjaśni.

Idziemy ulicą. Trzymam ją, ale tak naprawdę, to tylko po to, by jak się czegoś wystraszy, to mi nie uciekła, bo tak to sprawna kobieta jest, tylko ten kaszel po fajkach, trochę jej zdrowie fizyczne psuje. Mijamy kamienicę starą, z czerwonej cegły, z dziurami licznymi i oknami starymi. Zagaduję do babci „pamiętasz jak tu po wojnie przyjechałaś, to jak to wszystko wyglądało”? Na co babcia po sekundzie namysłu „tak samo”. Jak „tak samo” myślę sobie? Siedemdziesiąt lat po wojnie i nic się nie zmieniło? Wtedy też kawałka dachu nie było? Ubikacja też na zewnątrz stała? Babcia wskazuje na dziury w cegłach, co to je kule po sobie zostawiły i mówi, że siedemdziesiąt lat temu to takie same były. Zastanawiam się, czy ma na myśl „takie same” czy „te same”, ale wolę nie kontynuować tematu, bo nic to jej w głowie nie rozjaśni, a tylko niechcący może w jakiś strach przed wojną wepchnąć i z dwóch chorób umysłowych, kobietę trzeba będzie leczyć. A widok znajomych miejsc nie poprawia jej stanu nieświadomości mojego istnienia, tylko wspomnienia z przeszłości, teraźniejszością czyni, bo niemożliwym jest, żeby przez siedemdziesiąt prawie lat, nikt domu nie wyremontował ze zniszczeń wojennych i dachu nie naprawił i ubikacji do środka nie przeniósł?

Przechodzimy dalej. Budowa jakaś spora nam na drodze wyrasta. Babcia pyta „co to?”. To jej mówię, że metro budują. Macha rezygnująco ręką i komentuje, że jak była młoda to też budowali i też nic z tego nie wyszło. Mówię, że teraz wyjdzie. Nie wierzy. To tłumaczę, że wtedy były inne czasy, że teraz technika poszła do przodu, że można stwierdzić gdzie na przykład pod ziemią jest woda i ją wcześniej wypompować albo coś i nie ma tylu problemów, co dawniej. Robią badania i wiedzą jak wiercić, żeby chodnik nie popękał i kamienice nie zawaliły, ale babcia jest uparta i jak już jakieś zdanie ma, to go nie zmienia. Znowu jej się przeszłość w teraźniejszość zamieniła. Kogoś to obchodzi? Poza mną, nikogo.

To może do sklepu się przejdziemy? Zobaczysz, że teraz na półkach jest wszystko, tylko wybierać i przebierać i kupować, gdy jest za co. Pełne półki nie robią na staruszce wrażenia. Na mnie też nie, ale jestem te dwa pokolenia młodszy. A ona? Mogłaby mi o powstaniu… styczniowym opowiedzieć. Tyle, że mnie to nie interesuje. Wybrała mięso jakieś i nic więcej. Idzie z tym do kasy. Pytam czy ma pieniądze, bo może zapomniała, ale ona mówi, że ma i kartki też ma i nie muszę jej kontrolować, bo nie jestem jej wnuczkiem. Dobrze… nie, niedobrze. Jakie znowu kartki? Kartek to u nas od trzydziestu lat nie ma. Ale ona jak zawsze wie lepiej. A niech sobie wie, nie wyprowadzam z błędu, sama przy kasie się zorientuje, że głupio myślała i może to jej pamięć wróci. Pani-robot skanuje sztukę mięsa i swoim plebejsko-robotycznym głosem mówi, że złotych naście. Babcia daje jej jak to nazwała „kartkę” i cena spada o dziesięć procent. Płaci. A ja wiem, że starzy ludzie, jak już raz się czegoś nauczą, to im to na wieki zostaje. Na próżno by tłumaczyć, że to nie „kartki”, tylko „kupony”. Nie uwierzy. Żyje w poprzednim systemie. A swoją drogą, to muszę się rozeznać, gdzie ona te kupony trzyma, bo skrawki z emerytury to jedno, ale małe pasożytnictwo na tych jej „kartkach” to też może być niezły dodatek.
Dziś jej pamięci chyba nie wrócę, ale odprowadzić do domu muszę. Jestem w końcu jej wnuczkiem, a nie jakimś tam ministrantem. Po drodze jeszcze słucham, jak to narzeka na mnie, ale tego prawdziwego, z rodziny, a nie mnie, małego „służkę bożego”. Trochę staję w swojej obronie. Mówię, że siebie znam i wcale nie jestem taki zły, ale jej nie przekonasz. Trudno i tak jutro będzie pamiętać coś zupełnie innego o czymś zupełnie innym.

Jesteśmy już przed domem, gdy wpada na nią, przypadkiem niby, jakiś facet. Raduje to babcie niesłychanie, a ja nie wiem, kto to i o co chodzi. Ale ze słów wypowiadanych przez kobietę w mig rozgryzam zagadkę. To niejaki ksiądz Marek, przyszedł po „kolędową” kopertę. Dziwne to trochę, bo mamy prawie lato. Dziwne też, że jego jakoś pamięta, a mnie wcale. Teraz wiem, że nie jestem jedynym pasożytem żyjącym na babci. Wymieniamy z księdzem gniewne spojrzenia, bo pasożyt może być tylko jeden i mamy tego świadomość, że jeden z nas będzie musiał odejść z niczym. Przyciągam kobietę do siebie, a on chce ją na górę prowadzić, żeby mu tą obiecaną kopertę dała. Walka o świadomość babci chwilę trwa. Mówię, że to oszust jest, ale po raz enty babcia mi nie wierzy, za to oszustowi wierzy zawsze. Dobrze, idźmy więc na górę i tak pewnie nie pamięta, gdzie kopertę schowała. Niestety, znowu się myliłem, bo tu jej pamięć nie zawodzi. Koperta idzie z ręki do ręki, a ja wiem, że zostałem z niczym. Idę, więc do łazienki i odkręcam ciepłą wodę, po czym patrzę w lustro, na tego małego ministranta oszusta, co to wnuczkiem jest kobiety za drzwiami. Ciepła woda leci. Licznik się kręci. Rachunek rośnie. Skoro ja nie mogę mieć jej pieniędzy, to nikt nie będzie ich miał. Ministrant w lustrze jakby płacze. Ja nie.

Reklamy

To tryb dla jednego gracza

Ktoś powiedział, jeśli chcesz ciekawie pisać, to ciekawie żyj. Jeśli chcesz ciekawie żyć, to pisz ciekawie. Jeśli nie umiesz pisać, to nie pisz. Jeśli nie umiesz żyć, to nie żyj. Umrzyj. I tak nikt nie zauważy. Może jedynie twój pies, jak go trzeci dzień z rzędu nie wyprowadzisz. Na kota bym nie liczył. Co najwyżej zje twoją gałkę oczną. Jeśli masz szczury, to zapomnij o otwarciu trumny na pogrzebie. Z resztą, kto by miał ją otworzyć, skoro jesteś sam, bo nie umiałeś żyć?

Zadzwonił do mnie siostrzeniec. Wujku, zawieziesz mnie do centrum handlowego? Po co? –spytałem. I tu mi zaczął wyjaśniać, że rodzice obiecali mu jakąś konsolę czy coś podobnego, rozrywce służącego i chciał w sklepie obejrzeć. Nie spytałem dlatego, że mnie to jakoś szczególnie interesowało. Rzecz w tym, że mój czas jest bezcenny i nie wiem czy chcę go tracić na chodzenie po sklepach z jakimś dzieciakiem, mimo, że to rodzina. A na wszystkich zdjęciach jakoś źle wyszedłem. Czas jest bezcenny, dla mnie mój najbardziej. Nie znalazłem jeszcze sklepu z czasem, wszędzie mają tylko zegarki, ale to nie ta droga. Może wolałbym pogapić się przez okno albo poskakać po kanałach, bo na bieganie w kanałach spóźniłem się parę lat. Wujku? Jesteś tam? Słuchawka mi piszczy do ucha. No jestem. Gdzie mam być? Na wojnie? Zgodziłem się z nim pojechać, niech wie, że dorośli czasem też się do czegoś przydają. Może za stracony czas ktoś mi kiedyś szczerym złotem zapłaci. Nie.

Jesteśmy już w centrum. Dziecko jak to dzieci niektóre, coś tam gada bez przerwy o jakichś rzeczach, o których nie mam pojęcia. Przytakuję, żeby nie wyjść na zgreda, ale tak naprawdę to wypatruję galerianek. Tyle o nich słyszałem, ale sam na własne oczy żadnej nie widziałem, a podobno ceny konkurencyjne mają, tylko nie wiadomo co na to prokurator, ale że nie korzystam z takich usług, to mam to w dupie. One może też mają coś w dupie, ale im, chociaż za to płacą. Popatrzeć bym po prostu chciał. Zamiast kuso ubranych, młodych dziewczyn, widzę mocno odziane stare baby. Te pierwsze rzekomo zrobią coś za parę spodni, te drugie wymacają wszystkie bułki, zanim znajdą tą dla nich, specjalnie ukrytą na dnie, przez panią piekarkę. Pieczarkę. Tak właśnie, starym ludziom wszyscy chcą zaszkodzić i złośliwie zamieniają w domu sól z cukrem, a papier toaletowy z tygodnikiem telewizyjnym. Potem usłyszysz jeszcze, że to twoja wina i śliną w twarz dostaniesz. Ale trzy różańce załatwią sprawę, bo to akurat z głowy nie wyleciało i człowiek jak nowo narodzony może czekać na upragnione 900 zł od państwa za czterdzieści lat machania kilofem pod ziemią. Na wódkę i telewizję starczy, kajzerkę wymacaną też, kościół jest za darmo. Przynajmniej tak im się wydaje.

Wchodzimy do sklepu ze sprzętem AGD i RTV i HWD i tak chodzimy między tymi półkami, aż chłopak znajdzie to, czego szuka. Powiedziałbym mu, do której alejki się udać, bo umiem czytać, ale nie chcę dzieciaka dołować swoimi super mocami. Z resztą on z innego pokolenia już. Całkowicie obrazkowego, po co mu taka archaiczna umiejętność jak czytanie. A jeszcze ze zrozumieniem? Na co to? Chyba, żeby studia skończyć i w urzędzie pracy wylądować. Jako petent oczywiście. Po trzech kilometrach i z odciskami na palcach dochodzimy do półek z tymi konsolami, tak przez niego chcianymi. Niech sobie poogląda. Ja sobie pooglądam telewizję w jednym ze stu pięćdziesięciu telewizorów. Akurat wszędzie kanał testowy sklepu leci, więc przynajmniej gdzie nie spojrzę, to wątku nie stracę. Coś mnie ciągnie za rękę. Wyrywa z transu. Nie galerianka i nie babcia, tylko znowu ten chłopak, któremu obiecałem pomóc. Znalazł konsolę podłączoną do telewizora, pograć chce. Ale, żeby nie obyło się bez udziwnień, to wstawili jakiś gadżet przed telewizorem, co to sprawia, że można w dwie osoby grać na jednym telewizorze, bez dzielenia ekranu. A do tego jakieś folie kolorowe wystarczą. Technikę na wysokim poziomie teraz mamy. Nie mogę się doczekać, aż na Księżycu w końcu wylądujemy. My – ludzie, rzecz jasna. My – ja i on, to jedynie nad Bałtykiem „morze-my” wylądować. Biorę, więc w ręce tego pada, co to do sterowania służy i nagle coś mnie wpycha za kierownicę samochodu, bo akurat taka gierka włączona była. Jadę, więc tępo przed siebie, nie ważne gdzie i po co. To jest wyścig, niby powinno mi zależeć, żeby wygrać, tyle tylko, że ktoś ten wyścig rozpoczął kilka godzin temu i czego bym nie zrobił, to będę na ósmym miejscu. Na osiem możliwych. Siostrzeniec podobnie. Złotego pucharu też jakoś nie widzę obok, więc po co się starać? Nikt szampanem nie strzeli. Co najwyżej pięścią, jak spojrzysz nie tam gdzie trzeba. Ja się nie staram, chłopak przeciwnie. Macha tym padem, jak chirurg-amator skalpelem, przy pierwszej operacji. Jedziemy, rozbijamy się, jedziemy dalej. Jak to w życiu. Gdy jedziesz za szybko, to się rozbijesz. Gdy się rozbijesz i przeżyjesz, to może wlepią ci mandat, a jak ktoś inny nie przeżył przy okazji, to wlepią ci więzienie. Byłeś pijany? Wszystko razy dwa. Jesteś kimś przez duże K? Wszystko razy zero. Jedź dalej, droga wolna. Przepraszamy. Maskę wyklepiemy gratis. Jesteś kurwą przez duże K. Ciesz się. Kiedyś i tak umrzesz. W grach wyścigowych takich zawiłości nie ma. Brak przechodniów i alkoholu pomiędzy wyścigami znacząco spłyca rozgrywkę. Ale dzieciom to niepotrzebne. Chociaż niektóre uważają inaczej. Zerkam w stronę siostrzeńca, patrzę jak mu idzie. Dziwnie podobnie jak mnie. Ja na zakręcie, on na zakręcie. Ja wpadam na ścianę, on wpada na ścianę. Co rodzina, to jednak rodzina. Gdzieś tam w nim płynie jakaś wspólna część krwi to i zachowania podobne mamy. Mój samochód staje, jego także. On próbuje ruszyć, ja dalej stoję. Chwila namysłu. Słuchaj – mówię – chyba tylko ja jadę. Ktoś włączył tryb dla jednego gracza. Ruszam jego padem. Tak. Tylko ja jechałem. Gdzieś w głowie rodzi się myśl, że ta gra to trochę tak jak życie. Myślisz, że kierujesz, ale tak nie jest. Myślisz, że żyjesz. Chcesz być pierwszy, ale na mecie jesteś ostatni. To tylko gra. To tylko życie. Jednak czy dzieciak to zrozumie? Może kiedyś. Może kiedyś zapyta „wujku, czym jest życie?”. Wtedy mu opowiem „A pamiętasz jak byłeś mały i graliśmy w wyścigi? Myślałeś wtedy, że się ścigasz… to właśnie jest życie”. Dziś wolę mu nie tłumaczyć. Dzieciak jest zasmucony. Poczuł gdzieś w środku ukłucie, które poczuje jeszcze nie raz w życiu. Mówię mu, że możemy się zamienić, jeśli chce sobie pojeździć, ale on już nie chce. Konsoli też nie chce. Pewnie chwilowo. Niech mu wystarczy „100 gier” z bazaru. Wszystkie to Tetris, ale co z tego? Sto zawodów, ale wszystkie po pięć złoty za godzinę. Nadgodziny za darmo wyrabiasz. Co z tego? Takie życie. Niech się chłopak w końcu nauczy, że tak to już jest. Myślisz, że masz na coś wpływ, że twoje działania jakieś reakcje wywołują. Masz rację. Wywołują. Tylko, kogo to obchodzi? Ciebie, ją, jego i kilka innych osób. Nikogo więcej. W odpowiednio dużych społecznościach rola jednostki marginalizuje się do tego stopnia, że jest już tylko statystyką. Myślisz, że kierujesz i decydujesz gdzie skręcić. Częściej, kto inny za ciebie zdecyduje i pośle, na odpowiedni, lub nie, tor. I nawet od ciebie nie zależy czy dojedziesz na miejsce. Możesz się starać, pewnie, to nawet wskazane, ale nie zdziw się, jak na mecie nie będzie kwiatów tylko głośne BUM! Tryśnie coś czerwonego. Zasmucę cię. To nie czerwony szampan z butelki. Bąbelki są? W krwi też. I też tryska. Ale to nie twoja wina. Nie ty, nie ja i nie oni ustalali zasady. Jak coś cię ukłuje w środku, to weź środek przeciwbólowy i żyj dalej tak, jak chcą żebyś żył. Kup konsolę, znajdź galeriankę, wymacaj idealną kajzerkę. Nie jesteś kurwą. To powód do dumy. Pamiętaj o tym.

Jeśli masz rybki, to najpewniej nim cię ktokolwiek znalazł, one już leżą na dnie akwarium, a woda śmierdzi. Jeśli masz karaluchy, to wiedz, że są one złe, bo od trzech dni nie było żadnych resztek w kuchni. Idą po ciebie.

Od trzech do pięciu

Jakiś głos mówi mi „nie jedź”. Nie słucham. Wchodzę do windy. Nie będę szedł po schodach, tylko dlatego, że coś w mojej głowie tak chce. Skąd mam wiedzieć, że to coś podstępnie nie chce doprowadzić mnie do zawału między szóstym, a siódmym piętrem? Jestem w windzie. „Nie jedź, urwie się!”. Wciskam guzik. Nauczyłem się ignorować ten głos. Zbyt wiele razy powtarzał „nie jedź, urwie się”. Spaść z urwaną windą, to jak wygrać w totka. Czemu by mnie miało to szczęście spotkać? To tak mało prawdopodobne. Winda rusza.

Przypomina mi się sen, który mam co jakiś czas. Wsiadam w nim do windy, ta jedzie w górę, ale coraz wolniej, coraz ciężej pracują silniki, aż w końcu staje i miota się to w górę, to w dół, jakby jeszcze resztkami sił chciała dojechać do wskazanego piętra, ale już wie, że nie da rady i nagle zaczyna spadać. Leci w dół niczym Ikar, a ja budzę się nim podłoga razem ze mną roztrzaska się poniżej parteru, a moje ciało zgniecie spadający za nią sufit i ciężkie liny. Spoglądam na tabliczkę znamionową, co to ją ktoś umieścił w samym rogu, wspaniałomyślnie, dzięki czemu nie została zamalowana kolejnym wizerunkiem penisa, markera jakiegoś niespełnionego artysty, o którym świat nie słyszał i nie usłyszy. Czytam „model Dedal…” jak na złość, chociaż tak naprawdę nie jestem zły, ale nie powiem, ulżyło mi. „Lepiej dolecieć z Dedalem niż spaść z Ikarem” mówię sobie pod nosem i sam się uśmiecham, z powodu hasła reklamowego, które tak przypadkiem wymyśliłem. Gdyby tylko były linie lotnicze o takiej nazwie to już bym je im wcisnął, a za zarobione pieniądze pojechał do Złotych Piasków. Ale nie ma takich linii, nie ma zarobionych pieniędzy i nie będzie Złotych Piasków. Zgrzyt. Winda staje, ale nie tam gdzie powinna. Mam się bać? Jeszcze nie. Póki stoi, to nie spada. Strach pojawi się jak zacznę lecieć. Wiem, że są hamulce bezpieczeństwa i pewnie inne zabezpieczenia, ale wiem też, że robotnicy montujący tą windę lubili się napić w czasie pracy. Może te hamulce leżą teraz na kupie surowców wtórnych? Mała metalowa puszka, która mnie zgniecie. Upadek tak ważny, jak „Upadek Ikara”. Będę w każdych wiadomościach przez trzy do pięciu minut. Jutro zapomną. Lecz wcześniej ktoś postawi znicz pod windą, ktoś inny maskotkę. Po co mi znicz i maskotka, skoro jestem rozsmarowany na kilku metrach kwadratowych. Ktoś zeskrobie moje resztki ze ścian szybu, ktoś inny ukradnie portfel z rozgniecionych spodni, który cudem się nie rozgniótł, weźmie moje karty bankomatowe i opróżni konta, a potem na mój dowód weźmie kredyt, bo przecież nikt nie sprawdzi czy on to ja, może nawet bank zadzwoni, ale mój zmiażdżony telefon nie złapie sygnału… chorą fantazje przerywa głos „Hey, Hey, I saved the world today…”. Boże, to Ty? Rzucam pytaniem w przestrzeń. Uratowałeś mnie? Trzymasz windę? Tylko, czemu mówisz do mnie po angielsku? Czemu masz damski głos i czemu pochodzi on z mojej kieszeni? To nie Bóg, ani nawet bóg. To telefon. Odbieram. Po chwili żałuję, że odebrałem. Nie, nie mam chwili czasu na odpowiedź na pytania, nie będę wypełniał telefonicznej ankiety, bo jestem bardzo zajęty. Bardzo! Rozłączam się. Ktoś by powiedział, że to niegrzeczne, że przecież nic nie robię, tylko stoję w stojącej windzie. Po pierwsze to stoję, bo nie mogę usiąść, bo na podłodze jest coś, co najprawdopodobniej jest kałużą moczu, a po drugie to nie „nic nie robię” tylko walczę o przetrwanie. O życie. Moje. Siedzę w blaszanej puszce z fiutem na ścianie (nie moim, narysowanym) i moczem na podłodze (nie moim, zastanym). Możecie mi mówić „Major Tom”. Albo nie, bo ja w przeciwieństwie do niego mogę coś zrobić, a stąd ziemia wcale nie jest niebieska, (co prawda jej teraz nie widzę, ale wiem). Jest czarna, jak odchody z dużą domieszką krwi. Zabawne. Mogę coś zrobić i robię. Oczywiście nie z kolorem ziemi tylko z moją sytuacją. Dzwonię na numer podany na tabliczce. Gdy za trzecim razem ktoś odbiera, to od razu ma dobrą wiadomość. Uratują mnie. Za trzy do pięciu godzin. Były jakieś skoki napięcia w okolicy i podobno nie jeden „Dedal” nie dojechał. Pocieszają, że gdyby to był model „Ikar” to już bym był na parterze. Zgnieciony. Nie jestem w stanie stać tak długo. Osuwam się na podłogę, jak najdalej od tej dziwnej cieczy, ale to trudne. Ciecz zawłaszczyła spory fragment i chyba ma ochotę na więcej. Mijają minuty. Odgłosy wirnika, co to ma mi powietrze dawać, bym się nie udusił w tej chińskiej celi, usypiają mnie. Śnię o tym, że jadę windą. Te sam sen. Ten sam koszmar. Winda spada, budzę się nim się rozbije. Winda spada. To już nie jest sen. Krzyczę. Krzyczę głośniej. Chwila namysłu. Nie, jednak zjeżdża. By dodać dramatyzmu, jeszcze chwilę pokrzyczę. Jestem uratowany. Radość zaczyna panować w moim mózgu i nawet nie zauważam, że gdy zasnąłem to osunąłem się twarzą w te szczyny. Mam nadzieję, że zrobił to jakiś pies, a nie menel. Przypomina mi się jak zginąłem parę razy we śnie. Czy to postrzał, czy to nóż, zawsze od rany rozchodziło się takie przyjemne ciepło. Na filmach mówią, że robi się zimno. A mi jakoś na odwrót. Komu wierzyć? Snom, czy fabryce snów? Parter. Drzwi się otwierają. Zamiast kwiatów i radosnych okrzyków, dwóch spoconych robotników. Dziękuję im za uratowanie mi życia. Ciekawe czy słyszeli jak krzyczę? Mówią, że już winda już działa sprawnie i mogę jechać w górę, a ja mówię, że tym razem wybiorę schody, bo jakoś chwilowo straciłem zaufanie do maszyn. Żeby tylko tego mój komputer nie usłyszał, bo mnie popieści prądem. Niby przypadkiem. Maszyny takie są. Nie dość, że złośliwe to jeszcze w zmowie. Pewnego dnia staną wszystkie windy, zgasną wszystkie latarnie, a wszystkie reaktory stopią rdzenie. I żaden komputer nie powiadomi o tym człowieka. Ludzie będą żarli do samego końca napromieniowane mikrofalami zupki w proszku. Zapamiętajcie. Maszyny takie są. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Wybrałem schody, „wybrałem życie”. Mijam jeszcze kobietę, co to właśnie do bloku weszła i zaraz wybierze windę. Jeśli ma szczęście to wybierze ją na kilka godzin. Widzę, że w reklamówce ma czerwony znicz i pluszaka. Wiem, że tym razem to nie dla mnie. Ja wybrałem życie. Ktoś inny, dla kogo ten znicz i pluszak są przeznaczone, może też wybrał życie. Miał tylko pecha spotkać się z kimś, kto wybrał śmierć. Wiecie, gdy spotkają się dwie osoby, jedna chcąca żyć, druga pędząca w stronę śmierci, to plus z minusem zawsze daje minus. Dwa minusy. Zwłaszcza jak ta pędząca w stronę życia po życiu, (którego nie ma), siedzi za kółkiem kilkusetkilogramowego samochodu, a ta druga siedzi na sześciokilogramowym rowerze. Dwa minusy, inaczej być nie może. Idę po schodach. Pierwsze piętro. Drugie. Trzecie. Czwarte. Piąte. Szóste. Ukłucie w sercu. Boli. Dalej szóste. Boli bardziej. Siadam na podłodze. Wciąż jest to szóste piętro. W moim ciele rozchodzi się ciepło. Nie jest przyjemne. Sny kłamały. Fabryka snów też.

Ankieta

Czasem w życiu człowieka nadchodzi taki moment, gdy stwierdza „muszę coś zmienić” i zmienia pracę. Nie inaczej było i w moim przypadku. Niedawny wtorkowy poranek był początkiem właśnie takiego dnia. Wtorkowym wieczorem natomiast, musiałem tłumaczyć administratorom poczty, że wcale nie rozsyłam spamu, że te setki maili jakie dziś z mojego konta wyszły, to tylko CV i listy motywacyjne. Zapytali „motywujące kogo?”. Odpowiedziałem nieśmiało i nieco pytająco „pracodawcę?”. Uwierzyli. Odblokowali konto. Myśl mi przyszła do głowy taka, że wolę poranki od wieczorów. Rano jeszcze wiem, że mogę. Wieczorami już tylko „wiedziałem, że mogłem”, ale to chyba nijak związku z powyższymi czynnościami nie miało, więc dalsze rozważania zepchnąłem w przepaść między półkulami mózgu.

Po paru dniach przyszło to, czego się spodziewałem, czyli zerowy odzew. Dalsze dni przyniosły dalszy brak odzewu. Widocznie spamowanie w tych czasach już nie wystarcza, ale nie załamywałem się, tylko czekałem. Brak odzewu powoli wypełniał pokoju, bałem się, że w końcu dla mnie zabraknie miejsca, ale nie rezygnowałem. Czekałem… i czekałem. Żeby nie przedłużać i nie opisywać jak nużące to było czekanie, to przejdę od razu do tego momentu historii, gdy się już doczekałem. Jedna odpowiedź, jedna nadzieja i jedna ankieta do wypełnienia, by być bliżej spełnienia tej nadziei. Co dziwne przyszła pocztą tradycyjną, w kopercie dużej i na dzień dobry rozcięła mi palec swoim ostrym papierem. Machnę raz dwa te… ile my tu mamy? Trzynaście stron? Yyy… tu wpadłem w lekkie zdziwienie. Na co komu trzynaście stron informacji o mnie. Czy ja się zgłaszałem na stanowisko naczelnego masochisty umysłowego? Nie, akurat tam nie wysyłałem aplikacji. Ale ok, wszystko dobrze… łyk wódeczki i przejdziemy przez to szybko i sprawnie, jak ta wódka przez mój żołądek. Przygotowałem długopisy, zakasałem rękawy. Na miejsca… gotowi… start! I zapaliłem papierosa. Grunt to oczyścić umysł przed wysiłkiem. Im mniej było papierosa w papierosie, tym szybciej rozwiewała się mgła mącąca moje myśli. Pet wylądował w popielniczce. Raz, dwa, trzy… pustkę w głowie masz TY! Tak przygotowany mogłem szczerze (jak zawsze) odpowiedzieć na wszystkie pytania by okazać się kandydatem idealnym.

Imię i nazwisko. Banalne. Data urodzenia? Jeszcze prostsze. I już mamy dwa procent ankiety. Miejsce urodzenia. No oczywiście, że W…, chwila, chwila… „miejsce urodzenia dziadka”. Prawie dałem się nabrać. Prymitywny test na spostrzegawczość. Ale nie ze mną te numery Brunner… tzn. dziadku. Hmm… dziadka w Wehrmachcie? Dziwne myśli i skojarzenia plączą się po głowie. Nieważne. Taka dygresja mała to chyba była. Kolejne pytania i kolejne proste odpowiedzi. Gdzie i kiedy? Co i jak? Początkowo odpowiadam szczerze, jak mi ta gorsza część mnie każe. Gdybym słuchał lepszej, to musiałbym kłamać, bo tak ambitniej, bo tak można coś osiągnąć. Ale gorsza pokazuje, kim naprawdę jestem, jest szczera, nigdy nie oszukuje. Słuchając jej porad już mam 1/4 ankiety za plecami. Dalej jest tylko łatwiej. „Największe marzenie twojego życia?”. Zamykam oczy i widzę tupot stóp, ale nie małych – pingwinich, nie małych – dziecięcych, ale dorosłych, w kamaszach. Tysiące jednakowo ubranych ludzi maszeruje rytmicznie. Wznoszę się w niebo. Widzę jak z tych ludzi formują się strzałki, czarne, grube i ostre. Rozchodzą się w każdą stronę świata, a wszystko, co pozostaje za nimi przyjmuje ten sam kolor, aż w końcu wszystkie lądy kuli ziemskiej mają tą samą barwę, nie ma już granic, wszystko jest jednym państwem, z jednym przywódcą i jednym narodem. I znowu jestem na ziemi. Widzę ludzi padających na kolana, widzę ludzi skandujących moje imię, widzę ludzi rzucających kwiatami we mnie, w moje pomniki. Otwieram oczy i w pole „największe marzenie” wpisuję „wakacje w Egipcie”. Tak bezpieczniej – szepnęła ta lepsza strona mnie. Liczba dzieci? Już długopis kulkę do cyfry „jeden” przyłożył, gdy znów szepty się pojawiły „zaznacz dwoje”, zmuszające mnie do kłamstwa. Czemu dwoje? A co jeśli paczki z pomarańczami będą rozdawać? Co dwie to nie jedna, ale zrobisz jak uważasz, tylko żebyś potem nie żałował, że inni mają, a ty nie. Niekłamiąca część świadomości leżała gdzieś zakneblowana, bo ani pisnęła. Zaznaczam „dwa”… „dwoje”? Pasożyty, więc „dwa”. Ale może potem z ich podatków na moje konto emeryta coś wpadnie, więc nie z miłości do dzieci, ale do ich pieniędzy „dwoje” zamiast „dwa” zaznaczyłem. Pytanie o języki? Skreślam pięć. Oui, je parle norske og svenska y españoles and english too. Zdziwieni? Ja też. Ale kto sam siebie nie zadziwia, ten jest trupem i basta. Pora na cukier puder. Wdech. Słodycz rozchodzi się we krwi. Rozpędzam się. Kolejne strony, kolejne pytania, a ja idę jak burza. Spróbuję na dwie ręce, czy dwie dłonie może? Na dwa długopisy. Tu iksy, tam zwięzłe zdania, każda odpowiedź przybliża do celu. Strzelam iksami niczym z karabinu. Nawet pytań już nie czytam, tylko zaznaczam i skreślam, pole za polem, pytanie za pytaniem. Skreślam, podkreślam i wykreślam wszystko gdzie się da. Iks. Iks Igrek. Zet. Nic mnie nie zatrzyma! STÓJ! – Krzyczy mózg… nim go usłyszałem, jeszcze kilka razy iksami w kartkę strzeliłem. CO ZROBIŁEŚ? – Pyta głośno mózg. Puszczam parę. Zwalniam. Nie jestem lokomotywą, nie jestem lokomotywą – powtarzam chyba na głos, ale nikt nie słyszy. Już wiem, o co chodzi. Pytanie o nałogi i trzy pola do wyboru. Każde dostało iksem. Papierosy, alkohol i narkotyki. Zsuwam łokciem w kierunku szuflady woreczek strunowy z cukrem pudrem. Jakie narkotyki? Opróżniam popielniczkę na podłogę. Ja i papierosy? W życiu! Butelki po wódce nawet opróżniać się muszę, bo od dawna leży pusta pod biurkiem i smutno turla się czasem. Dopisujemy z boczku i w nawiasie „(praca jest moim narkotykiem, alkoholem i papierosem)”. Sprawa załatwiona. Powinienem dodać, że po mistrzowsku. Z radości bym zaklaskał, ale nie potrafię trafić dłońmi w siebie. Z długopisem idzie mi nieco lepiej, chociaż charakter pisma zmienił mi się, jak absolwentowi medycyny. Energia z cukru mija, a ja kończę odpowiadać na bzdurne pytania. Chęci minęły. Teraz już nie ankieta mnie pyta, ale sam ja siebie, znowu gorszą częścią. Skąd wiem? Bo szczerze pyta. Po co to wszystko? I tak będzie ktoś lepszy, ktoś prawdziwszy, ktoś kto zna bułgarski i estoński i ma dyplom z wózków widłowych na Oxfordzie zrobiony. Cała słodycz płynąca w żyłach gdzieś wsiąkła i już nie napędza ciała radością, już nie motywuje lepszym jutrem. Ankieta już nie jest przepustką do lepszego świata. Jest tylko papierem toaletowym, tak niezbędnym człowiekowi, ale jednak do dupy, który i tak żywot zasrany skończy w kiblu spłukany do rzeki. Z nią do morza, a potem na oceany wypłynie i tylko prądami niesiony, dotrze gdzieś, gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek. Dotrze tam, jako ambasador ludzkiej cywilizacji. Kawałek makulatury umazany odchodami. Nasz reprezentant na skraju świata. To ma sens! Źrenice rozszerzają się. Resztkami sił fizycznych, ale pełny chęci umysłowych podpisuję ankietę pomimo tego całego pozornego bezsensu. Utaczam kilka kropel krwi z rany wyrządzonej mi przez kartki i stempluję odcisk palca, jakbym pakt z diabłem podpisywał. Pakuję w kopertę zwrotną, dołączoną do zestawu i biegnę wrzucić do skrzynki, co to pod domem mi stoi. Podobno nadzieja umiera ostatnia, a ja jeszcze smrodu jej rozkładu nie poczułem. To dobry znak.