Jeśli nie ja, to nikt!

Grywam z babcią w pokera. Czasami. Czasami, bo zawsze wygrywa. Oczywiście wygrywa, bo pozwalam jej na to. Czasami, bo nie jestem masochistą, by dla jej przyjemności wiecznie przegrywać. Muszę się podkładać, bo jak inaczej, kobieta, która ciągle zapomina gdzie schowała torebkę cukru, miałaby wygrać? Śmieję się, że można by ją zrobić numerem „na wnuczka”, ale ja jej tak nie „zrobię”. W końcu to jednak moja rodzina. Kto by chciał okradać rodzinę? Wystarczy mi jej emerytura. Kiedyś spytała jak to jest „na wnuczka”. Skłamałem, że nie wiem, bo przecież nie będę z babcią o seksie rozmawiał. Pytała potem swoich równie starych koleżanek o to, ale żadna nie wiedziała. Chciała już nawet do księdza iść, ale stanowczo jej odradziłem. Babcia nigdy się nie dowie jak to jest „na wnuczka”. Umrze w tej swojej niewiedzy. I co w związku z tym? Kompletnie nic. Nikogo nie obchodzi niewiedza mojej babci. Ona sama też jakby już coraz mniej swoją wiedzą zainteresowana. Nie pamięta, co wiedziała. Nie wie nawet tego, czego nie wie. Starość. Dobrze, że jeszcze chociaż pamięta, o co w tym pokerze chodzi i potrafi nieźle podbić stawkę. Zapałek rzecz jasna. Co z tego, że zamiast trefle i kiery mówi „sercowe”, „dzwonkowe” czy „żołądziowe”. Poprawiam ją, że nie „żołądziowe” tylko „żołędziowe” przez „e” z kreską. Na co ona „eee… co za różnica?”. Dla mnie akurat jest różnica i myślę, że co najmniej trzy procent społeczeństwa tę różnicę widzi. Wolisz mieć w ustach „żołądź” czy „żołędzia”? Ale babcia albo się ze mną droczy albo nie wie albo jest starą, zboczoną kobietą i powinna się iść wyspowiadać, póki jeszcze ma czas. Jakby w życiu wiecznym miało czasu jej zabraknąć. Chyba, że żadnego życia wiecznego nie ma. W każdym razie gramy na zapałki. Jak nie dam jej wygrać, to nie będzie miała czym papierosów sobie podpalać. A ja nie jestem taki, by jej na starość przyjemność odbierać. Siedzimy więc czasem w pokoju zadymionym niczym piwnica kotłowni i oddychamy pełną piersią, wciągając kłęby dymu. A niech się pęcherzyki płucne duszą, a niech umierają. Przynajmniej zrakowacieć nie zdążą. Ale na tematy raka schodzić nie będziemy. Na raka też nie zejdziemy.

Ostatnim razem, gdy z nią grałem, w sobotę to było, gra i spotkanie niczym się nie różniło od poprzednich gier i spotkań. Tak samo było czuć formalinę w powietrzu i tak samo musiałem udać, że dobieram do piątego koloru i dobrać nie mogę, nie orientując się wcale, że go zwyczajnie nie ma. W każdym razie w połowie mojej wizyty, za potrzebą do ubikacji udać się musiałem. Pewnie od szarlotki, co to ją babcia dla wnusia zrobiła. Nie zorientowała się tylko, że jej zgniłe jabłka na bazarze wcisnęli. Może dla niej nie były zgniłe? Zjadłem to ciasto z taką niepewną, jakby zgniłą miną, żeby jej przykrości nie zrobić. Stara jest, umrze niedługo. Niech się cieszy, że wnuczek zjadł. Ale organizm wiedział, co niedobre i żołądek z jelitami dał mi o tym jasno znać. Siedzę, więc sobie w łazience, nie wchodząc w szczegóły – wiecie co robię. Czas urozmaicam czytaniem instrukcji do pralki, co to zawsze na wierzchu leży. Dziś dla odmiany może po turecku poczytam? A niech będzie po turecku. Literki fajne, takie podobne do naszych, a jednak bardziej zawijaśne mają, to się będzie weselej czytać. Pochłonięty lekturą nie zauważam, jak mija dobre pół godziny, a jelita już od dawna mówią, że wszystko w porządku. Zgniłych jabłek brak. Czas wstawać. Bo mi babcia jeszcze z nudów umrze, jak jej wnuczek nie pozabawia trochę. Myję ręce. W zimnej wodzie, żeby potem mi staruszki rachunek za ciepłą nie zabił. Zabije i nie będzie można pasożytować na emeryturze.

Wychodzę i od razu muszę się bronić przed atakiem słownym, „co tu robisz ty złodzieju?”. Pierwsza myśl – fantastycznie, domyśliła się, że podbieram jej z emerytury. Druga myśl – starość, zapomniała, kim jestem. Nie wiem, którą wersję bym wolał, ale życie wybrało za mnie tą drugą. Próżno tłumaczyć, że jestem jej wnuczkiem, że przecież przed chwilą graliśmy w karty i mnie szarlotką chciała otruć. Niemal policję wezwać się jej udało. Niemal, bo zapomniała numeru. Poszłaby po pomoc do sąsiadki, ale nie powiem jej gdzie są drzwi wejściowe. O wyjściowych też się ode mnie nie dowie. Ma to szczęście kobieta, że jestem dobrym wnuczkiem i zrobię wszystko, by sobie o mnie przypomniała. Udało mi się ją jakoś przekonać, że jestem ministrantem, dziwne, że w to akurat uwierzyła, ale uspokoiło ją to. Wie, że ministrantom można ufać. Ma to zapisane w pamięci komórkowej. Zabiorę ją na spacer po mieście, może świeże powietrze jej na mózg dobrze zrobi, a widok znajomych miejsc coś w głowie rozjaśni.

Idziemy ulicą. Trzymam ją, ale tak naprawdę, to tylko po to, by jak się czegoś wystraszy, to mi nie uciekła, bo tak to sprawna kobieta jest, tylko ten kaszel po fajkach, trochę jej zdrowie fizyczne psuje. Mijamy kamienicę starą, z czerwonej cegły, z dziurami licznymi i oknami starymi. Zagaduję do babci „pamiętasz jak tu po wojnie przyjechałaś, to jak to wszystko wyglądało”? Na co babcia po sekundzie namysłu „tak samo”. Jak „tak samo” myślę sobie? Siedemdziesiąt lat po wojnie i nic się nie zmieniło? Wtedy też kawałka dachu nie było? Ubikacja też na zewnątrz stała? Babcia wskazuje na dziury w cegłach, co to je kule po sobie zostawiły i mówi, że siedemdziesiąt lat temu to takie same były. Zastanawiam się, czy ma na myśl „takie same” czy „te same”, ale wolę nie kontynuować tematu, bo nic to jej w głowie nie rozjaśni, a tylko niechcący może w jakiś strach przed wojną wepchnąć i z dwóch chorób umysłowych, kobietę trzeba będzie leczyć. A widok znajomych miejsc nie poprawia jej stanu nieświadomości mojego istnienia, tylko wspomnienia z przeszłości, teraźniejszością czyni, bo niemożliwym jest, żeby przez siedemdziesiąt prawie lat, nikt domu nie wyremontował ze zniszczeń wojennych i dachu nie naprawił i ubikacji do środka nie przeniósł?

Przechodzimy dalej. Budowa jakaś spora nam na drodze wyrasta. Babcia pyta „co to?”. To jej mówię, że metro budują. Macha rezygnująco ręką i komentuje, że jak była młoda to też budowali i też nic z tego nie wyszło. Mówię, że teraz wyjdzie. Nie wierzy. To tłumaczę, że wtedy były inne czasy, że teraz technika poszła do przodu, że można stwierdzić gdzie na przykład pod ziemią jest woda i ją wcześniej wypompować albo coś i nie ma tylu problemów, co dawniej. Robią badania i wiedzą jak wiercić, żeby chodnik nie popękał i kamienice nie zawaliły, ale babcia jest uparta i jak już jakieś zdanie ma, to go nie zmienia. Znowu jej się przeszłość w teraźniejszość zamieniła. Kogoś to obchodzi? Poza mną, nikogo.

To może do sklepu się przejdziemy? Zobaczysz, że teraz na półkach jest wszystko, tylko wybierać i przebierać i kupować, gdy jest za co. Pełne półki nie robią na staruszce wrażenia. Na mnie też nie, ale jestem te dwa pokolenia młodszy. A ona? Mogłaby mi o powstaniu… styczniowym opowiedzieć. Tyle, że mnie to nie interesuje. Wybrała mięso jakieś i nic więcej. Idzie z tym do kasy. Pytam czy ma pieniądze, bo może zapomniała, ale ona mówi, że ma i kartki też ma i nie muszę jej kontrolować, bo nie jestem jej wnuczkiem. Dobrze… nie, niedobrze. Jakie znowu kartki? Kartek to u nas od trzydziestu lat nie ma. Ale ona jak zawsze wie lepiej. A niech sobie wie, nie wyprowadzam z błędu, sama przy kasie się zorientuje, że głupio myślała i może to jej pamięć wróci. Pani-robot skanuje sztukę mięsa i swoim plebejsko-robotycznym głosem mówi, że złotych naście. Babcia daje jej jak to nazwała „kartkę” i cena spada o dziesięć procent. Płaci. A ja wiem, że starzy ludzie, jak już raz się czegoś nauczą, to im to na wieki zostaje. Na próżno by tłumaczyć, że to nie „kartki”, tylko „kupony”. Nie uwierzy. Żyje w poprzednim systemie. A swoją drogą, to muszę się rozeznać, gdzie ona te kupony trzyma, bo skrawki z emerytury to jedno, ale małe pasożytnictwo na tych jej „kartkach” to też może być niezły dodatek.
Dziś jej pamięci chyba nie wrócę, ale odprowadzić do domu muszę. Jestem w końcu jej wnuczkiem, a nie jakimś tam ministrantem. Po drodze jeszcze słucham, jak to narzeka na mnie, ale tego prawdziwego, z rodziny, a nie mnie, małego „służkę bożego”. Trochę staję w swojej obronie. Mówię, że siebie znam i wcale nie jestem taki zły, ale jej nie przekonasz. Trudno i tak jutro będzie pamiętać coś zupełnie innego o czymś zupełnie innym.

Jesteśmy już przed domem, gdy wpada na nią, przypadkiem niby, jakiś facet. Raduje to babcie niesłychanie, a ja nie wiem, kto to i o co chodzi. Ale ze słów wypowiadanych przez kobietę w mig rozgryzam zagadkę. To niejaki ksiądz Marek, przyszedł po „kolędową” kopertę. Dziwne to trochę, bo mamy prawie lato. Dziwne też, że jego jakoś pamięta, a mnie wcale. Teraz wiem, że nie jestem jedynym pasożytem żyjącym na babci. Wymieniamy z księdzem gniewne spojrzenia, bo pasożyt może być tylko jeden i mamy tego świadomość, że jeden z nas będzie musiał odejść z niczym. Przyciągam kobietę do siebie, a on chce ją na górę prowadzić, żeby mu tą obiecaną kopertę dała. Walka o świadomość babci chwilę trwa. Mówię, że to oszust jest, ale po raz enty babcia mi nie wierzy, za to oszustowi wierzy zawsze. Dobrze, idźmy więc na górę i tak pewnie nie pamięta, gdzie kopertę schowała. Niestety, znowu się myliłem, bo tu jej pamięć nie zawodzi. Koperta idzie z ręki do ręki, a ja wiem, że zostałem z niczym. Idę, więc do łazienki i odkręcam ciepłą wodę, po czym patrzę w lustro, na tego małego ministranta oszusta, co to wnuczkiem jest kobiety za drzwiami. Ciepła woda leci. Licznik się kręci. Rachunek rośnie. Skoro ja nie mogę mieć jej pieniędzy, to nikt nie będzie ich miał. Ministrant w lustrze jakby płacze. Ja nie.

Advertisements

2 thoughts on “Jeśli nie ja, to nikt!

  1. Granie ze staruszkami w pokera jest wspaniałe. Moje babcie nie potrafią, niestety, ale zdarzyło mi się, podczas pobytu w szpitalu, znaleźć dwie wspaniałe pokerowe staruszki i rżnąć z nimi, z tym, że w kości. Bardzo mi się pielęgniary bulwersowały, że demoralizuję starsze, schorowane kobiety. A tego im właśnie było trzeba. I mi też. Odrobina demoralizacji zawsze mnie ożywia.

    • Taka pozytywna demoralizacja niesie ze sobą tylko pozytywne efekty. Co innego pić z babcią w bramie wino. Chociaż może i to by było lepsze niż coniedzielna wizyta w kościele i powolne umieranie w oczekiwaniu na 800 zł emerytury. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s