Cyganie? A może to Hiszpanie!

Rzecz działa się lat temu już kilka, ale szperając po „internetach” wiedza do mojej głowy weszła, że to nie był przypadek jednostkowy i wiem też, że to się dzieje cały czas. Wszędzie. Kryzys? Zapytacie. Wymieranie gatunków? Odchodzący w zapomnienie efekt cieplarniany? Czy może już całkiem zapomniana dziura ozonowa? To może, chociaż wyprzedaż majątku narodowego? Gdzieżby tam ja, maluczki, miałbym być świadkiem tak istotnych momentów dziejowych jak te tu wyżej wspomniane. Nic z tych rzeczy. Pamiętam dobrze, że akurat wtedy z oczami coś przez chwilę miałem i słabości wzroku doznałem, stąd też pomyślałem, że przez ulicę, przez tory tramwajowe i znowu przez ulicę trzy szczury przebiegają. Gdy wzrok mi się już poprawił, to zdumiałem się ogromnie, bowiem to nie szczury, a ludzie byli. Mali tacy co prawda, ale od szczurów znacznie więksi. Coś jak Hiszpanie (nie umniejszając nacji żadnej, jedynie się statystykami posiłkując to stwierdzam), ale jednak nie Hiszpanie. Z resztą znajdź w kwietniu Hiszpana, co to się turystycznie zapędził za daleko nieco. Peruwiańczyk z zespołem to i owszem, tysiące kilometrów przemierzy, by być w Polsce, ale Hiszpan ma gdzie pojechać i marznąć przy tym nie musi. Zakończmy jednak te, do niczego prowadzące, głowienie się nad tym, gdzie Kastylijczycy i Baskowie na wakacje jeżdżą, a skupmy się na tych szczurach… ludziach. Ukrywać nie będę, że zaciekawiło mnie, dokąd ta gromadka płciowo mieszana tak biegnie, nielegalnie przecinając szlaki komunikacyjne ludzi w większości normalnych. A że ich trasa zbiegła się z kierunkiem, w którym i ja zmierzałem, to nic nie stało na przeszkodzie, by się dowiedzieć, dokąd i po co tak radośnie bieżą. Sto, może dwieście metrów dalej budynek poczty wyrastał. Wieżowiec prawdziwy. To znaczy, poczta malutka, ale nad nią góruje blok mieszkalny z wielkiej płyty, zielony, piękny. „Obuocz” na blok spojrzałem, wzdąłem policzki jak banie i… się wyrzygałem. Oczywiście nie dosłownie, lecz umysłowo, myślami, w głąb mózgu. Stwierdzając zwyczajnie, że mi się to nie podoba. Nie lubię, ale co ja mogę? Nic. Bloków w kamienice nie zamienię. A kamienice i tak kiedyś odbiorą, więc może to i lepiej, że jednak bloki mamy? Kara za myślenie. Nie myśl. Rób. Coś. Patrzę więc oczami, jak to ludzie mają w zwyczaju. Za budynkiem wysokim, stoi kontener, pojemnik, śmietnik czasem, na ubrania używane. Zamykany klapą taką, żeby nikt nie wpadł do środka, a jak wpadnie, to żeby sam wyjść nie mógł. Ubrania niby dla biednych. Biedni ich na oczy pewnie nie widzieli. Biedni pewnie oczu nie mają. Ja mam. Obserwuję. Ludzie podbiegają do pojemnika. Dziecko, nastolatka, trzydziestolatka… z daleka ciężko dostrzec wiek. Wskakuje na górę. Mężczyzna, chłopiec, nastolatek popycha rurę i następuje zrzut mięsa żywego we wnętrze pojemnika. Odgłosy trawienia z wnętrza dochodzą. Pojemnikowi jednak mięso nie w smak i zaczyna rzygać. Ubraniami. Chłopco-mężczyzna otwiera i zamyka jego jamę gębową, a ubrania nie przestają wypływać. Swetry, buty, głównie w pojedynczej liczbie, dziurawe kurtki i śmierdzące gacie. Resztki kurczaka i martwe gołębie wypadają. Jedno po drugim. Na koniec wypada trawiona dziewczynko-kobieta w stanie nienaruszonym. Zabierają resztki, które pojemnik wypluł i odchodzą. Będą to jeść? Będą to nosić? Będą to sprzedawać? Nie wiem. Pytam. Siebie. Was. Co się robi z takimi rzeczami? Oczy bolą. Słyszę głosy. Ich głosy. To nie hiszpański. Dziwny język jakiś, brzmi bowiem jak brzęk monet w tekturowym kubeczku, jak cudowne ozdrowienia po dziesięciu godzinach na wózku inwalidzkim, jak tarcie kart w talii, gdy przyszłość i zawartość portfela wróżyć mają. Myśl mam jedną. To nie Hiszpanie…, nie Węgrzy i nie Słowacy, nie Holendrzy i nie Turcy i nie szczury, a Cyganie, których podobno nam brak. Złote łańcuchy, które powinny zwisać z ich szyj mnie zmyliły, bo nie zwisały, bo w ogóle ich nie było. Ale już dobrze, zagadka rozwiązana. Myśleć dalej nie muszę. Teraz przyszło robić coś. Miotła w dłoń. Nocną zmianę czas zacząć. Chodnik sam się nie wyczyści.

Tylko gołych bab brak

Jadę tramwajem. Znowu. Na pośladku czuję czyjąś dłoń. Dziwne uczucie. Adam? – pytam się w myślach, a moja głowa odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni, zupełnie jak w „Egzorcyście”. Nie, to nie Adam. To jakaś babcia z wózkiem. Przeprasza. Ale co sobie pomacała, to już jej i nikt jej tego nie odbierze. Zawsze to i tak lepiej, niż miałby to być Adam. Powtórzę „… ciekawie żyj”. A tu w kółko te tramwaje i autobusy i znowu tramwaje, czasem metro, na taksówki brak. Tu za rzadko coś ciekawego wydarzyć się może. Dom. Okno. Podchodzę i patrzę przez nie. Nic ciekawego. Nawet gołej baby na balkonie, w którymś z bloków po horyzont, nie uświadczysz. Nuda. Pustka. Oczna pustka. Egzystencjalna pustka. Łokieć. Parapet. Patrzę dalej. Ale poza horyzont wzrokiem nie przejdę. Myślami może prędzej, ale to już w fikcję wejść bym musiał, a tego wolę uniknąć. W środkach komunikacji więcej się działo. Dawniej. Jechałem kiedyś autobusem, a z tyłu siedział Christian Bale. Śmiał się. Rozmawiał. Nie rozumiałem, o czym. Może, dlatego, że po angielsku, a może, dlatego, że po drugiej stronie autobusu byłem? Ja wysiadłem on pojechał dalej. Może to nawet nie był on. Ale taki podobny. Tylko, że on raczej autobusami nie jeździ. Zwłaszcza polskimi. Ale przez dziesięć minut przynajmniej coś się działo. W mojej głowie. Inny czas, inne miejsce – stołówka. Wchodzę. Spotykam kolegę. Wskazuje mi róg sali i mówi, że siedzi tam De Niro. Faktycznie. Siedzi, rozmawia i śmieje się. Wygląda młodziej niż w teraźniejszych filmach. Raczej jak w „Cześć Mamo!”, niż we „Wściekłym Byku”. Ja też zaczynam się śmiać. Połączenia między komórkami puszczają. Jedno po drugim. Śmiech rozsadza moje ciało. Ale warto było. Po chwili wszystko znowu się zrasta. Ciało jest ciałem na nowo, a nie tylko zlepkiem komórek bez życia. Ten De Niro nie był prawdziwy. Raczej. Co by prawdziwy De Niro robił na naszej stołówce? Na pewno by się nie śmiał.

Wiele dni później, a kilka dni wcześniej od dzisiaj. Idę wczesną nocą przez miasto. Pusto jakoś, a wydawałoby się, że życie jakieś jednak powinno się toczyć. Przecież to nie wieś i lamp naftowych nie trzeba oszczędzać i z pianiem kogutów wstawać. A tu zdziwienie mnie ogarnia, że tylko w paru miejscach grupki ludzi napotkać mogłem. Jedna kopała akurat Murzyna, to z miejsca zignorowałem, bo w takie kwestie wolę się nie mieszać. Po prostu nie znam się na tym. Nie wiem, co dobre, a co złe. Może to nawet nie był Murzyn? Może nawet nikogo nie kopano? Ciemno było i słabo widziałem. Przechodzę obok popularnego klubu dla studentów i nie tylko. Wchodzić nie zamierzam. Z przeciwka idzie człowiek zgarbiony. Mija mnie. A mózg śle mi informacje, że o to pan poseł właśnie przeszedł obok mnie. Najprawdziwszy poseł. Taki jak to w telewizorze się czasem pojawi i powie coś mądrego. Noc. Klub dla studentów i poseł czterdziestoparoletni. Zgarbiony na dodatek, bo mu tak służba państwu ciąży, że wyprostować się już nie może. Zaciekawiony tym spotkaniem zwolniłem tempo, by zerknąć, dokąd zmierza. Mógłbym powiedzieć „dzień dobry” albo „dobranoc”, ale raz, że się w porę nie zorientowałem, a dwa, że od ludzi na wysokich stanowiskach to podobno tylko w mordę można dostać, więc wolałem nie ryzykować. Zerkam, więc tylko, dokąd pójdzie i co zrobi. Widzę jak wita się z jakąś parą stojącą pod klubem. Młoda dziewczyna, młody chłopak. Z nią buzi w policzki oba, ale nie trzy razy, z nim chyba wcale. Nie widziałem dokładnie, bo akurat kawałek tynku z pobliskiego budynku wpadł mi w oko. Pechowy człowiek ze mnie. Czasem. A może to kara za podglądactwo natrętne? Jako, że nikt nie strzelał i narkotykami nie handlował, tylko stał i rozmawiał, a oko piekło coraz mocniej, to zdecydowałem się zakończyć tę obserwację i już ostatecznie do domu udać. W powrotnej drodze towarzyszyły mi myśli różne. Między innymi takie, że gdybym to ja o tyle lat młodszą dziewczynę pocałował, nawet w policzek, to bym musiał żonie się gęsto tłumaczyć. A że ja raczej rzadki jestem, to mógłbym się nie wytłumaczyć. Więc nie całuję. A gdyby nie żona, to społeczeństwo zaraz by krzyknęło, że pedofil, dzieci z przedszkola molestuje i uciekać bym mógł tylko. Tylko nie wiem gdzie, bo na dalekie ucieczki mnie nie stać, a blisko to nie ma sensu, bo znajdą i na widły nadzieją. Zwłaszcza na Szwajcarię mnie nie stać. Nawet Romka o radę bym spytać nie mógł, bo ostatni raz, to go właśnie w tej Szwajcarii widziałem. W telewizorze. I od tamtego czasu cisza. Lepiej nie robić rzeczy, których można potem żałować. W domu oko przemyłem i spać poszedłem. Następnego dnia sprawdziłem, kim dokładnie ten pan poseł był. Okazało się, że już posłem nie jest, więc spokojnie mogłem się przywitać i może nawet buzi dostać, a nie w mordę. Ale jak człowiek nie jest na bieżąco z polityką, to potem może mieć tylko pretensje do siebie, że szanse na ciekawe znajomości traci. Tylko, czemu taki zgarbiony szedł, jak już krajowi służyć nie musi? Jeśli go spotkam kiedyś, to może spytam. Jeśli akurat odwagę będę miał. Jeśli zapomnę z domu zabrać, to trudno. Przeżyję, bez tej wiedzy. Podejdę do okna. Postoję i popatrzę. Jeśli coś zobaczę, to więcej w tym prawdziwości będzie, niż w nierealnych spotkaniach, realnych ludzi, na mieście i w środkach komunikacji miejskiej. Przynajmniej nie będę musiał się zastanawiać, czy goła baba na balkonie jest prawdziwa, czy to tylko duży telewizor.

Bo sukces „lajkami” się mierzy…

Szedłem ulicą, a konkretniej chodnikiem wzdłuż tej ulicy. Nie jestem jakimś ćpunem, żeby iść środkiem ulicy. Słońce świeciło, ciepło człowiekowi było, więc to normalne, że za jakimś napojem orzeźwiającym zaczął się rozglądać. Zamiast napoju spostrzegłem tłumek ludzi. Wiem, że ludzie gromadzą się w mniejsze lub większe tłumy z trzech powodów. Kogoś przejechało albo dają coś za darmo lub ostatecznie protestują przeciwko czemuś. Dawniej gromadzili lub ściślej mówiąc „gromadzono ich” jeszcze z innego powodu, ale te czasy już minęły. Jak powiedziałem był to „tłumek”, czyli ludzi jeszcze niewiele, więc raczej nie protest. Jest, więc szansa na gratisowe „coś” albo chociaż na mentalną fotkę jakichś zwłok. Podejdę.

Instynkt łowcy gratisów nie zawiódł mnie. Przed oczyma widzę stolik z butelkami pełnymi zielonego napoju. Zerkam na ludzi. Piją ten napój. Ale czy ja też mogę? Stolik stoi kilka metrów za wejściem do budynku. Budynek niby użyteczności publicznej, ale bilet wstępu mieć wypada. Ja nie mam i nie zamierzam kupować. Zerkam na ludzi raz jeszcze, bo twarze ich jakieś znajome mi się wydają. Tak, znamy ich – mówią moje gałki oczne. „Znam ich” – mówi mój mózg. Oni nie znają mnie. Raczej nie znają. W końcu nigdy nie wiadomo, kto cię czyta. Zatem kolejna analiza w głowie się odbywa. Skoro są tu tak znani ludzie i korzystają z różnych gratisów, to może ja też się pod to podłączę? A czemu nie? Zrobię to.

Podłączyłem się. O dziwo nikt mnie nie zapytał o bilet. Nikt mnie nie zapytał, po co mi trzy butelki napoju. Nikt mnie o nic nie zapytał. W ogóle o nic. Nikt mnie nie zna. Smutne. Ciekawe czy tak samo myślał pewien człowiek przed wsadzeniem sobie słoika w tylną część ciała? A co ty jesteś gotów zrobić dla sławy? Dzisiejszy świat jest brutalny. Jeśli nie pęknie ci słoik w dupie, to jesteś nikim. Siedzę, więc w tym budynku użyteczności publicznej. Kończę już drugą butelkę napoju gratisowego. Jestem niepokojony kompletnie przez nikogo, ale zauważam, że coś, co było przerwą obiadową w tym wydarzaniu, a w trakcie czego, ja wtargnąłem do obcego mi świata, powoli się kończy. Wszyscy znani, nieznani i kompletnie nieznani (jak ja) ludzie schodzą się i zajmują miejsce na sali. Schodzę się razem z nimi. Wmieszany w tłum uniknę rozpoznania. Rozpoznania, że nie da się mnie rozpoznać. Nieznany w stu procentach. Gall Anonim. Siadam gdzieś na końcu, by w razie czego móc uciec. Nigdy nie wiesz, gdy ktoś z mikrofonem zaskoczy cię i poprosi o komentarz w sprawie. Jakiej sprawie? To nieistotne. Komentuj. No już, szybciej. Głupiej! Światła gasną. Konferencja się zaczyna, a raczej zaczyna się jej kontynuacja. Za bardzo nie wiem, o czym i po co, ale sądząc po zebranych osobach, to pewnie coś o internecie. Lubię to.

Na scenę wchodzi dwóch mężczyzn, jedna kobieta i jeden grubas, a ja już wiem, że będzie nudno. Nie znam ich. Darmowe napoje mają jednak swoją cenę. Mijają minuty. Pierwsza myśl była taka, że może warto posłuchać. Druga myśl była taka, że jednak nie warto. Trzecia uświadomiła, że ja, w ostatnim rzędzie, gdzieś w cieniu cienia i ci na scenie, w świetle reflektorów, żyjemy w zupełnie różnych światach. Możemy się minąć na ulicy, otrzeć ubraniami, ale co z tego? Oni nie zauważą mnie. A ja nie chcę zauważać ich. Czuję, że więcej wspólnego miałbym z operatorem koparki z RPA niż z nimi. Powoli narasta we mnie złość, bo orientuję się, że te osoby mówią mi jak żyć, jak odnieść sukces, jak oni odnieśli tzw. sukces. Tłumaczą się i przekonują. Wszyscy muszą w nich widzieć ludzi sukcesu. Dobrze, niech mówią. Dam im szansę. Ale czemu człowiek, który o tym opowiada, musi być jednocześnie obleśnym studwudziestokilowym grubasem? Z miejsca nie ufam grubym ludziom. I nie mówię tu o matkach, które urodziły dziecko. Ciężko jest schudnąć, gdy potrzeba doby trwającej minimum trzydzieści godzin, a w magazynie zostały same dwunastogodzinne. Nie mówię o ludziach, których stać tylko na mortadelę za osiem złotych kilogram i na inne gówniane żarcie, które może żołądek zasyci, ale raka też wyhoduje. Rak gratisowo. Za ten gratis potem zapłacisz. Życiem. Nie mówię o tych, którzy uwierzyli, że kredyt wzięty na pół wieku to jedyne wyjście i teraz na dwa etaty muszą pracować i nawet czasu na dziesięć minut sportu nie ma, bo i na zdrowy sen nie ma, to jak ma być czas na sport? Ale grubas, który tak dobrze zarabia, mówi o swoim sukcesie i poucza innych, a dalej jest sapiącym grubasem, co to ledwo jest w stanie z fotela wstać, nigdy nie sprawi, że mu zaufam. Mogę się jedynie z niego śmiać. Wiem, że nie byłby w stanie przebiec pięćdziesięciu metrów, nie zrobiłby ani jednego przysiadu, ani jednej pompki. Zdechłby próbując zrobić, chociaż jedno ćwiczenie, ale nie zdechnie, bo on nie musi ćwiczyć. Bo z jakiegoś powodu ludzie mu uwierzyli i grubas już nie musi nic robić, poza sprzedawaniem swoich mądrości, których nikt nie potrzebuje. Dziwne, że pięć razy powtarza jakąś formułkę o dziewczynie zdejmującej majtki, jako o niewłaściwym sposobie zrobienia kariery w internecie. Ludzie się śmieją, ale moim zdaniem dobór słów nie jest przypadkowy. Raz można tak powiedzieć, ale pięć? Co siedzi w jego chorej głowie? W jego chorym ciele? Domyślam się, że jemu podobni w pewien słoneczny dzień roku około 1990 zaczęli upierdalać nasze miasta reklamami, szczycąc się tym i żrąc kiełbasę. Potem upierdolili wsie billboardami, banerami i słupami z informacjami, których nikt nie potrzebuje, jedli przy tym łososie, a ich grube ciała śmiały się głośno. W końcu reklamami zostały upierdolone góry i morze i jeziora i lasy, a sushi z łososiem i z kiełbasą, kotłowało się w ich żołądkach w rytm jeszcze głośniejszego śmiechu. Patrzę na ścianę za nim. Wyświetlają jego sympatyczną, uśmiechniętą twarz. Taką twarz pokazuje w internecie. Tak siebie widzi. Patrzę na jego twarz, w niczym tej wyświetlanej nie przypomina. Mam nadzieję, że kiedyś to, co ma w głowie, pośle impuls do wszystkich organów ciała. Impuls z treścią „kapitulacja”, a wszystkie organy wywieszą jednocześnie białą flagę i ciało grubasa upadnie. Jego tłusta morda uderzy z potężną siłą o betonowy chodnik. Z tłustych ust wyleci ślina zmieszaną z krwią, a przechodnie obok będą mijać to, co jeszcze przed chwilą było nim i patrzeć z małym uśmiechem. Uśmiechem wyższości. Ktoś mógłby sprzedać mu pomysł na świetny interes o nazwie ”Zainwestuj w swoje ciało. To się opłaca.” Ale ścierwo leżące na ulicy, już tego pomysłu nie kupi, bo jest tylko ścierwem i mocy nabywczej nie posiada. Słucham jak radzi innym, narzekającym na złe warunki w Polsce, aby otwierali firmy w Anglii albo na Cyprze, bo przecież mogą. Proste jak pstryknięcie palcem. A może zmienimy system w Polsce i zamiast w Anglii każdy będzie mógł bezproblemowo otworzyć firmę tutaj? Nie, koledzy grubasa nie pozwolą. Dobrze wiedzą, że by na tym stracili. Grubas wyznaje zasadę, że jak na miejscu ci źle, to wyjedź… „na zmywak” – dodaje. Grubasowi tu dobrze, nie musi wyjeżdżać. Grubasowi tu dobrze, w końcu od biedy by nie przytył. Grubas radzi „zrób eksperyment… wypij wino ze swojego rocznika…”. Ja mam lepszą radę. Kup wino za 7,99. Zrób tulipana. Jeden tulipan dla jednego grubasa. Żartuję. Jemu nie potrzeba kwiatów. On się zabija sam. Szybciej niż normalny człowiek. Widzę jak leży martwy na chodniku. Otwieram oczy. Nie leży. Wciąż mówi. Wciąż denerwuje. Ale już niedługo. Sam pozbędzie się z tego świata. Uśmiecha mnie ta myśl. Czy nie lubię ludzi? Tak, ale tylko niektórych.

Inni mówcy nie są lepsi, mimo, że ich pasją nie jest kolekcjonowanie tłuszczu. Młoda kobieta opowiada, jak to organizuje spotkania dla innych kobiet. Wszyscy mile widziani. Wszyscy, ale tylko tacy… takie, które coś mogą. Jasne, każdy sam ustala zasady swojego klubu, ale znowu mam wrażenie, że ktoś kłamie i to nie jestem ja. Czemu nie powie otwarcie, że do jej klubu mają wstęp tylko kobiety z pieniędzmi, ze znajomościami i te, które mogą coś załatwić? Pani Jadzia, co potrafi w dwie sekundy nanizać każdą igłę na nitkę jest za słabą zawodniczką. A może też by chciała do ludzi… porozmawiać, poznać kogoś, by potem ktoś jej ciekawszą pracę załatwił? Jakąkolwiek pracę. Pani Jadzia nie ma niestety własnej firmy, ani w Polsce, ani w Anglii i nie sprzedaje malowanych plakatówkami drewnianych pudełek po sto pięćdziesiąt złotych sztuka pod szyldem „Ultra Hand Made Deluxe Boxes” i się nie liczy w tym świecie. Usta młodej kobiety zaczynają pluć „kejsami” o „kołczingu” i innymi swojsko brzmiącymi słowami. Coś teleportowało mnie z Polski. Czemu tylko tak szaro wkoło? To czyściec? Uszy tracą słuch.

Gdy mikrofon przechodzi do kolejnych rąk, staje się cud i słyszę na nowo. To nie czyściec, to piekło. Facet mówi, że sprzedał wszystko, poza kilkoma rzeczami i wyjechał spontanicznie na plażę, jedną z europejskich wysp. Fantastycznie! Już w myślach kalkuluję ile wezmę za starą szafę, ile za korniki, ile za karaluchy. Wychodzi niewiele, więc do rachunku dorzucam jeszcze matkę. Matki teraz w cenie. Wciąż za mało na „Kanary”, ale na Wolin wystarczy. Tylko nie mając nic, możesz czuć się wolnym i mieć wszystko. Pewnie słońce mocno tam grzało, bo jakoś szybko powrócił do chęci posiadania, o czym już nie wspomniał. Teraz rozumiem bezdomnych Polaków na ulicach Londynu. Oni realizowali tę samą fantazję. Realizowali i realizują dalej, aż osiągną zen albo katharsis albo zgon. Wybór należy do ciebie. Minister zdrowia ostrzega i doradza. Wybierz zgon. Potem padają może nieco mądrzejsze słowa, ale to już nieistotne. Wiem wszystko, co chciałem wiedzieć. Mamy system kastowy. Wesołe minus dwa.

Koniec części nudnej i dołującej. Może w końcu będzie interesująco? Wystąpią ludzie znani z tego, że się ich subskrybuje, a potem słucha, co mają do powiedzenia. Zbyt często nie mają nic. Dalej jest nudno, ale przynajmniej nie denerwująco. I tak nie znam połowy gości. Może jakbym znał, oglądał, słuchał wszystkich to bym coś z tego wyniósł. Ktoś siada w moim rzędzie. Mimo ciemności, uznaję, że bezpieczniej będzie jak schowam penisa z powrotem do spodni. Tak sobie myślę, że w przeciwieństwie do nich, to ja nie mógłbym tak mówić do kamery, a potem rzucać tego na pożarcie widzom. Nie zniósłbym myśli, że jakiś pedał wali konia przy moim filmie. Ludzie są chorzy. Wierzę, że gdy muszą czytać, to nie mogą się skupić na onanizmie. Czuję się bezpieczniej. Część minimalnie ciekawsza, część i tak zbędna, powoli dobiega końca. Losowanie nagród, dla tych, co wypełnili jakieś ankiety. Losowanie? Nagród? Gdybym wiedział, to bym też sprzedał swoje dane, duszę, czy czego tam wymagają, byle mieć szansę na wygranie… nawet nie wiem, co jest nagrodą? Ale wygrać – miła rzecz. Pierwszy los. Prowadzący czyta nazwisko. Nie ma? Jak nie ma, to losujemy dalej. Drugi los i też nie ma. Trzeci los. Dalej nie ma. Jestem! Krzyczy ten, co się nie tak dawno dosiadł do mojego rzędu. Jestem! Jestem! I idzie po nagrodę. A ja sobie myślę, że on to wcale nie on. Nikt jego personaliów nie sprawdzał, a on podejrzanie długo czekał z tym swoim „jestem!”. Równie dobrze, to ja mogłem krzyknąć i ciekawe, co by wtedy zrobił? Ale ja to tak mam, że zawsze drugi, zawsze piąty, zawsze sześćdziesiąty. Bycie pierwszym mi nie wychodzi. A niech się udławi. Złodziej jeden. Wychodzę. Humor zepsuty. Jeszcze tylko wezmę sześć butelek gratisowego napoju, bo za tą złość, za ten bezsensownie spędzony czas, za zasianie kolejnego ziarna nienawiści gdzieś w moim jelicie, to mi się należy. Wziąłbym zgrzewkę, ale nie mam przy sobie torby. Na ścianie widzę informację, że bilety wstępu dla gości bez zaproszeń były po 25 złotych. Mi udało się wejść za darmo. Gdybym zapłacił, to bym teraz przekręcał grubasa na drugi bok, żeby równo się opiekł. Cieszę się, że nie zapłaciłem.

Jeśli nie ja, to nikt!

Grywam z babcią w pokera. Czasami. Czasami, bo zawsze wygrywa. Oczywiście wygrywa, bo pozwalam jej na to. Czasami, bo nie jestem masochistą, by dla jej przyjemności wiecznie przegrywać. Muszę się podkładać, bo jak inaczej, kobieta, która ciągle zapomina gdzie schowała torebkę cukru, miałaby wygrać? Śmieję się, że można by ją zrobić numerem „na wnuczka”, ale ja jej tak nie „zrobię”. W końcu to jednak moja rodzina. Kto by chciał okradać rodzinę? Wystarczy mi jej emerytura. Kiedyś spytała jak to jest „na wnuczka”. Skłamałem, że nie wiem, bo przecież nie będę z babcią o seksie rozmawiał. Pytała potem swoich równie starych koleżanek o to, ale żadna nie wiedziała. Chciała już nawet do księdza iść, ale stanowczo jej odradziłem. Babcia nigdy się nie dowie jak to jest „na wnuczka”. Umrze w tej swojej niewiedzy. I co w związku z tym? Kompletnie nic. Nikogo nie obchodzi niewiedza mojej babci. Ona sama też jakby już coraz mniej swoją wiedzą zainteresowana. Nie pamięta, co wiedziała. Nie wie nawet tego, czego nie wie. Starość. Dobrze, że jeszcze chociaż pamięta, o co w tym pokerze chodzi i potrafi nieźle podbić stawkę. Zapałek rzecz jasna. Co z tego, że zamiast trefle i kiery mówi „sercowe”, „dzwonkowe” czy „żołądziowe”. Poprawiam ją, że nie „żołądziowe” tylko „żołędziowe” przez „e” z kreską. Na co ona „eee… co za różnica?”. Dla mnie akurat jest różnica i myślę, że co najmniej trzy procent społeczeństwa tę różnicę widzi. Wolisz mieć w ustach „żołądź” czy „żołędzia”? Ale babcia albo się ze mną droczy albo nie wie albo jest starą, zboczoną kobietą i powinna się iść wyspowiadać, póki jeszcze ma czas. Jakby w życiu wiecznym miało czasu jej zabraknąć. Chyba, że żadnego życia wiecznego nie ma. W każdym razie gramy na zapałki. Jak nie dam jej wygrać, to nie będzie miała czym papierosów sobie podpalać. A ja nie jestem taki, by jej na starość przyjemność odbierać. Siedzimy więc czasem w pokoju zadymionym niczym piwnica kotłowni i oddychamy pełną piersią, wciągając kłęby dymu. A niech się pęcherzyki płucne duszą, a niech umierają. Przynajmniej zrakowacieć nie zdążą. Ale na tematy raka schodzić nie będziemy. Na raka też nie zejdziemy.

Ostatnim razem, gdy z nią grałem, w sobotę to było, gra i spotkanie niczym się nie różniło od poprzednich gier i spotkań. Tak samo było czuć formalinę w powietrzu i tak samo musiałem udać, że dobieram do piątego koloru i dobrać nie mogę, nie orientując się wcale, że go zwyczajnie nie ma. W każdym razie w połowie mojej wizyty, za potrzebą do ubikacji udać się musiałem. Pewnie od szarlotki, co to ją babcia dla wnusia zrobiła. Nie zorientowała się tylko, że jej zgniłe jabłka na bazarze wcisnęli. Może dla niej nie były zgniłe? Zjadłem to ciasto z taką niepewną, jakby zgniłą miną, żeby jej przykrości nie zrobić. Stara jest, umrze niedługo. Niech się cieszy, że wnuczek zjadł. Ale organizm wiedział, co niedobre i żołądek z jelitami dał mi o tym jasno znać. Siedzę, więc sobie w łazience, nie wchodząc w szczegóły – wiecie co robię. Czas urozmaicam czytaniem instrukcji do pralki, co to zawsze na wierzchu leży. Dziś dla odmiany może po turecku poczytam? A niech będzie po turecku. Literki fajne, takie podobne do naszych, a jednak bardziej zawijaśne mają, to się będzie weselej czytać. Pochłonięty lekturą nie zauważam, jak mija dobre pół godziny, a jelita już od dawna mówią, że wszystko w porządku. Zgniłych jabłek brak. Czas wstawać. Bo mi babcia jeszcze z nudów umrze, jak jej wnuczek nie pozabawia trochę. Myję ręce. W zimnej wodzie, żeby potem mi staruszki rachunek za ciepłą nie zabił. Zabije i nie będzie można pasożytować na emeryturze.

Wychodzę i od razu muszę się bronić przed atakiem słownym, „co tu robisz ty złodzieju?”. Pierwsza myśl – fantastycznie, domyśliła się, że podbieram jej z emerytury. Druga myśl – starość, zapomniała, kim jestem. Nie wiem, którą wersję bym wolał, ale życie wybrało za mnie tą drugą. Próżno tłumaczyć, że jestem jej wnuczkiem, że przecież przed chwilą graliśmy w karty i mnie szarlotką chciała otruć. Niemal policję wezwać się jej udało. Niemal, bo zapomniała numeru. Poszłaby po pomoc do sąsiadki, ale nie powiem jej gdzie są drzwi wejściowe. O wyjściowych też się ode mnie nie dowie. Ma to szczęście kobieta, że jestem dobrym wnuczkiem i zrobię wszystko, by sobie o mnie przypomniała. Udało mi się ją jakoś przekonać, że jestem ministrantem, dziwne, że w to akurat uwierzyła, ale uspokoiło ją to. Wie, że ministrantom można ufać. Ma to zapisane w pamięci komórkowej. Zabiorę ją na spacer po mieście, może świeże powietrze jej na mózg dobrze zrobi, a widok znajomych miejsc coś w głowie rozjaśni.

Idziemy ulicą. Trzymam ją, ale tak naprawdę, to tylko po to, by jak się czegoś wystraszy, to mi nie uciekła, bo tak to sprawna kobieta jest, tylko ten kaszel po fajkach, trochę jej zdrowie fizyczne psuje. Mijamy kamienicę starą, z czerwonej cegły, z dziurami licznymi i oknami starymi. Zagaduję do babci „pamiętasz jak tu po wojnie przyjechałaś, to jak to wszystko wyglądało”? Na co babcia po sekundzie namysłu „tak samo”. Jak „tak samo” myślę sobie? Siedemdziesiąt lat po wojnie i nic się nie zmieniło? Wtedy też kawałka dachu nie było? Ubikacja też na zewnątrz stała? Babcia wskazuje na dziury w cegłach, co to je kule po sobie zostawiły i mówi, że siedemdziesiąt lat temu to takie same były. Zastanawiam się, czy ma na myśl „takie same” czy „te same”, ale wolę nie kontynuować tematu, bo nic to jej w głowie nie rozjaśni, a tylko niechcący może w jakiś strach przed wojną wepchnąć i z dwóch chorób umysłowych, kobietę trzeba będzie leczyć. A widok znajomych miejsc nie poprawia jej stanu nieświadomości mojego istnienia, tylko wspomnienia z przeszłości, teraźniejszością czyni, bo niemożliwym jest, żeby przez siedemdziesiąt prawie lat, nikt domu nie wyremontował ze zniszczeń wojennych i dachu nie naprawił i ubikacji do środka nie przeniósł?

Przechodzimy dalej. Budowa jakaś spora nam na drodze wyrasta. Babcia pyta „co to?”. To jej mówię, że metro budują. Macha rezygnująco ręką i komentuje, że jak była młoda to też budowali i też nic z tego nie wyszło. Mówię, że teraz wyjdzie. Nie wierzy. To tłumaczę, że wtedy były inne czasy, że teraz technika poszła do przodu, że można stwierdzić gdzie na przykład pod ziemią jest woda i ją wcześniej wypompować albo coś i nie ma tylu problemów, co dawniej. Robią badania i wiedzą jak wiercić, żeby chodnik nie popękał i kamienice nie zawaliły, ale babcia jest uparta i jak już jakieś zdanie ma, to go nie zmienia. Znowu jej się przeszłość w teraźniejszość zamieniła. Kogoś to obchodzi? Poza mną, nikogo.

To może do sklepu się przejdziemy? Zobaczysz, że teraz na półkach jest wszystko, tylko wybierać i przebierać i kupować, gdy jest za co. Pełne półki nie robią na staruszce wrażenia. Na mnie też nie, ale jestem te dwa pokolenia młodszy. A ona? Mogłaby mi o powstaniu… styczniowym opowiedzieć. Tyle, że mnie to nie interesuje. Wybrała mięso jakieś i nic więcej. Idzie z tym do kasy. Pytam czy ma pieniądze, bo może zapomniała, ale ona mówi, że ma i kartki też ma i nie muszę jej kontrolować, bo nie jestem jej wnuczkiem. Dobrze… nie, niedobrze. Jakie znowu kartki? Kartek to u nas od trzydziestu lat nie ma. Ale ona jak zawsze wie lepiej. A niech sobie wie, nie wyprowadzam z błędu, sama przy kasie się zorientuje, że głupio myślała i może to jej pamięć wróci. Pani-robot skanuje sztukę mięsa i swoim plebejsko-robotycznym głosem mówi, że złotych naście. Babcia daje jej jak to nazwała „kartkę” i cena spada o dziesięć procent. Płaci. A ja wiem, że starzy ludzie, jak już raz się czegoś nauczą, to im to na wieki zostaje. Na próżno by tłumaczyć, że to nie „kartki”, tylko „kupony”. Nie uwierzy. Żyje w poprzednim systemie. A swoją drogą, to muszę się rozeznać, gdzie ona te kupony trzyma, bo skrawki z emerytury to jedno, ale małe pasożytnictwo na tych jej „kartkach” to też może być niezły dodatek.
Dziś jej pamięci chyba nie wrócę, ale odprowadzić do domu muszę. Jestem w końcu jej wnuczkiem, a nie jakimś tam ministrantem. Po drodze jeszcze słucham, jak to narzeka na mnie, ale tego prawdziwego, z rodziny, a nie mnie, małego „służkę bożego”. Trochę staję w swojej obronie. Mówię, że siebie znam i wcale nie jestem taki zły, ale jej nie przekonasz. Trudno i tak jutro będzie pamiętać coś zupełnie innego o czymś zupełnie innym.

Jesteśmy już przed domem, gdy wpada na nią, przypadkiem niby, jakiś facet. Raduje to babcie niesłychanie, a ja nie wiem, kto to i o co chodzi. Ale ze słów wypowiadanych przez kobietę w mig rozgryzam zagadkę. To niejaki ksiądz Marek, przyszedł po „kolędową” kopertę. Dziwne to trochę, bo mamy prawie lato. Dziwne też, że jego jakoś pamięta, a mnie wcale. Teraz wiem, że nie jestem jedynym pasożytem żyjącym na babci. Wymieniamy z księdzem gniewne spojrzenia, bo pasożyt może być tylko jeden i mamy tego świadomość, że jeden z nas będzie musiał odejść z niczym. Przyciągam kobietę do siebie, a on chce ją na górę prowadzić, żeby mu tą obiecaną kopertę dała. Walka o świadomość babci chwilę trwa. Mówię, że to oszust jest, ale po raz enty babcia mi nie wierzy, za to oszustowi wierzy zawsze. Dobrze, idźmy więc na górę i tak pewnie nie pamięta, gdzie kopertę schowała. Niestety, znowu się myliłem, bo tu jej pamięć nie zawodzi. Koperta idzie z ręki do ręki, a ja wiem, że zostałem z niczym. Idę, więc do łazienki i odkręcam ciepłą wodę, po czym patrzę w lustro, na tego małego ministranta oszusta, co to wnuczkiem jest kobiety za drzwiami. Ciepła woda leci. Licznik się kręci. Rachunek rośnie. Skoro ja nie mogę mieć jej pieniędzy, to nikt nie będzie ich miał. Ministrant w lustrze jakby płacze. Ja nie.

To tryb dla jednego gracza

Ktoś powiedział, jeśli chcesz ciekawie pisać, to ciekawie żyj. Jeśli chcesz ciekawie żyć, to pisz ciekawie. Jeśli nie umiesz pisać, to nie pisz. Jeśli nie umiesz żyć, to nie żyj. Umrzyj. I tak nikt nie zauważy. Może jedynie twój pies, jak go trzeci dzień z rzędu nie wyprowadzisz. Na kota bym nie liczył. Co najwyżej zje twoją gałkę oczną. Jeśli masz szczury, to zapomnij o otwarciu trumny na pogrzebie. Z resztą, kto by miał ją otworzyć, skoro jesteś sam, bo nie umiałeś żyć?

Zadzwonił do mnie siostrzeniec. Wujku, zawieziesz mnie do centrum handlowego? Po co? –spytałem. I tu mi zaczął wyjaśniać, że rodzice obiecali mu jakąś konsolę czy coś podobnego, rozrywce służącego i chciał w sklepie obejrzeć. Nie spytałem dlatego, że mnie to jakoś szczególnie interesowało. Rzecz w tym, że mój czas jest bezcenny i nie wiem czy chcę go tracić na chodzenie po sklepach z jakimś dzieciakiem, mimo, że to rodzina. A na wszystkich zdjęciach jakoś źle wyszedłem. Czas jest bezcenny, dla mnie mój najbardziej. Nie znalazłem jeszcze sklepu z czasem, wszędzie mają tylko zegarki, ale to nie ta droga. Może wolałbym pogapić się przez okno albo poskakać po kanałach, bo na bieganie w kanałach spóźniłem się parę lat. Wujku? Jesteś tam? Słuchawka mi piszczy do ucha. No jestem. Gdzie mam być? Na wojnie? Zgodziłem się z nim pojechać, niech wie, że dorośli czasem też się do czegoś przydają. Może za stracony czas ktoś mi kiedyś szczerym złotem zapłaci. Nie.

Jesteśmy już w centrum. Dziecko jak to dzieci niektóre, coś tam gada bez przerwy o jakichś rzeczach, o których nie mam pojęcia. Przytakuję, żeby nie wyjść na zgreda, ale tak naprawdę to wypatruję galerianek. Tyle o nich słyszałem, ale sam na własne oczy żadnej nie widziałem, a podobno ceny konkurencyjne mają, tylko nie wiadomo co na to prokurator, ale że nie korzystam z takich usług, to mam to w dupie. One może też mają coś w dupie, ale im, chociaż za to płacą. Popatrzeć bym po prostu chciał. Zamiast kuso ubranych, młodych dziewczyn, widzę mocno odziane stare baby. Te pierwsze rzekomo zrobią coś za parę spodni, te drugie wymacają wszystkie bułki, zanim znajdą tą dla nich, specjalnie ukrytą na dnie, przez panią piekarkę. Pieczarkę. Tak właśnie, starym ludziom wszyscy chcą zaszkodzić i złośliwie zamieniają w domu sól z cukrem, a papier toaletowy z tygodnikiem telewizyjnym. Potem usłyszysz jeszcze, że to twoja wina i śliną w twarz dostaniesz. Ale trzy różańce załatwią sprawę, bo to akurat z głowy nie wyleciało i człowiek jak nowo narodzony może czekać na upragnione 900 zł od państwa za czterdzieści lat machania kilofem pod ziemią. Na wódkę i telewizję starczy, kajzerkę wymacaną też, kościół jest za darmo. Przynajmniej tak im się wydaje.

Wchodzimy do sklepu ze sprzętem AGD i RTV i HWD i tak chodzimy między tymi półkami, aż chłopak znajdzie to, czego szuka. Powiedziałbym mu, do której alejki się udać, bo umiem czytać, ale nie chcę dzieciaka dołować swoimi super mocami. Z resztą on z innego pokolenia już. Całkowicie obrazkowego, po co mu taka archaiczna umiejętność jak czytanie. A jeszcze ze zrozumieniem? Na co to? Chyba, żeby studia skończyć i w urzędzie pracy wylądować. Jako petent oczywiście. Po trzech kilometrach i z odciskami na palcach dochodzimy do półek z tymi konsolami, tak przez niego chcianymi. Niech sobie poogląda. Ja sobie pooglądam telewizję w jednym ze stu pięćdziesięciu telewizorów. Akurat wszędzie kanał testowy sklepu leci, więc przynajmniej gdzie nie spojrzę, to wątku nie stracę. Coś mnie ciągnie za rękę. Wyrywa z transu. Nie galerianka i nie babcia, tylko znowu ten chłopak, któremu obiecałem pomóc. Znalazł konsolę podłączoną do telewizora, pograć chce. Ale, żeby nie obyło się bez udziwnień, to wstawili jakiś gadżet przed telewizorem, co to sprawia, że można w dwie osoby grać na jednym telewizorze, bez dzielenia ekranu. A do tego jakieś folie kolorowe wystarczą. Technikę na wysokim poziomie teraz mamy. Nie mogę się doczekać, aż na Księżycu w końcu wylądujemy. My – ludzie, rzecz jasna. My – ja i on, to jedynie nad Bałtykiem „morze-my” wylądować. Biorę, więc w ręce tego pada, co to do sterowania służy i nagle coś mnie wpycha za kierownicę samochodu, bo akurat taka gierka włączona była. Jadę, więc tępo przed siebie, nie ważne gdzie i po co. To jest wyścig, niby powinno mi zależeć, żeby wygrać, tyle tylko, że ktoś ten wyścig rozpoczął kilka godzin temu i czego bym nie zrobił, to będę na ósmym miejscu. Na osiem możliwych. Siostrzeniec podobnie. Złotego pucharu też jakoś nie widzę obok, więc po co się starać? Nikt szampanem nie strzeli. Co najwyżej pięścią, jak spojrzysz nie tam gdzie trzeba. Ja się nie staram, chłopak przeciwnie. Macha tym padem, jak chirurg-amator skalpelem, przy pierwszej operacji. Jedziemy, rozbijamy się, jedziemy dalej. Jak to w życiu. Gdy jedziesz za szybko, to się rozbijesz. Gdy się rozbijesz i przeżyjesz, to może wlepią ci mandat, a jak ktoś inny nie przeżył przy okazji, to wlepią ci więzienie. Byłeś pijany? Wszystko razy dwa. Jesteś kimś przez duże K? Wszystko razy zero. Jedź dalej, droga wolna. Przepraszamy. Maskę wyklepiemy gratis. Jesteś kurwą przez duże K. Ciesz się. Kiedyś i tak umrzesz. W grach wyścigowych takich zawiłości nie ma. Brak przechodniów i alkoholu pomiędzy wyścigami znacząco spłyca rozgrywkę. Ale dzieciom to niepotrzebne. Chociaż niektóre uważają inaczej. Zerkam w stronę siostrzeńca, patrzę jak mu idzie. Dziwnie podobnie jak mnie. Ja na zakręcie, on na zakręcie. Ja wpadam na ścianę, on wpada na ścianę. Co rodzina, to jednak rodzina. Gdzieś tam w nim płynie jakaś wspólna część krwi to i zachowania podobne mamy. Mój samochód staje, jego także. On próbuje ruszyć, ja dalej stoję. Chwila namysłu. Słuchaj – mówię – chyba tylko ja jadę. Ktoś włączył tryb dla jednego gracza. Ruszam jego padem. Tak. Tylko ja jechałem. Gdzieś w głowie rodzi się myśl, że ta gra to trochę tak jak życie. Myślisz, że kierujesz, ale tak nie jest. Myślisz, że żyjesz. Chcesz być pierwszy, ale na mecie jesteś ostatni. To tylko gra. To tylko życie. Jednak czy dzieciak to zrozumie? Może kiedyś. Może kiedyś zapyta „wujku, czym jest życie?”. Wtedy mu opowiem „A pamiętasz jak byłeś mały i graliśmy w wyścigi? Myślałeś wtedy, że się ścigasz… to właśnie jest życie”. Dziś wolę mu nie tłumaczyć. Dzieciak jest zasmucony. Poczuł gdzieś w środku ukłucie, które poczuje jeszcze nie raz w życiu. Mówię mu, że możemy się zamienić, jeśli chce sobie pojeździć, ale on już nie chce. Konsoli też nie chce. Pewnie chwilowo. Niech mu wystarczy „100 gier” z bazaru. Wszystkie to Tetris, ale co z tego? Sto zawodów, ale wszystkie po pięć złoty za godzinę. Nadgodziny za darmo wyrabiasz. Co z tego? Takie życie. Niech się chłopak w końcu nauczy, że tak to już jest. Myślisz, że masz na coś wpływ, że twoje działania jakieś reakcje wywołują. Masz rację. Wywołują. Tylko, kogo to obchodzi? Ciebie, ją, jego i kilka innych osób. Nikogo więcej. W odpowiednio dużych społecznościach rola jednostki marginalizuje się do tego stopnia, że jest już tylko statystyką. Myślisz, że kierujesz i decydujesz gdzie skręcić. Częściej, kto inny za ciebie zdecyduje i pośle, na odpowiedni, lub nie, tor. I nawet od ciebie nie zależy czy dojedziesz na miejsce. Możesz się starać, pewnie, to nawet wskazane, ale nie zdziw się, jak na mecie nie będzie kwiatów tylko głośne BUM! Tryśnie coś czerwonego. Zasmucę cię. To nie czerwony szampan z butelki. Bąbelki są? W krwi też. I też tryska. Ale to nie twoja wina. Nie ty, nie ja i nie oni ustalali zasady. Jak coś cię ukłuje w środku, to weź środek przeciwbólowy i żyj dalej tak, jak chcą żebyś żył. Kup konsolę, znajdź galeriankę, wymacaj idealną kajzerkę. Nie jesteś kurwą. To powód do dumy. Pamiętaj o tym.

Jeśli masz rybki, to najpewniej nim cię ktokolwiek znalazł, one już leżą na dnie akwarium, a woda śmierdzi. Jeśli masz karaluchy, to wiedz, że są one złe, bo od trzech dni nie było żadnych resztek w kuchni. Idą po ciebie.

Od trzech do pięciu

Jakiś głos mówi mi „nie jedź”. Nie słucham. Wchodzę do windy. Nie będę szedł po schodach, tylko dlatego, że coś w mojej głowie tak chce. Skąd mam wiedzieć, że to coś podstępnie nie chce doprowadzić mnie do zawału między szóstym, a siódmym piętrem? Jestem w windzie. „Nie jedź, urwie się!”. Wciskam guzik. Nauczyłem się ignorować ten głos. Zbyt wiele razy powtarzał „nie jedź, urwie się”. Spaść z urwaną windą, to jak wygrać w totka. Czemu by mnie miało to szczęście spotkać? To tak mało prawdopodobne. Winda rusza.

Przypomina mi się sen, który mam co jakiś czas. Wsiadam w nim do windy, ta jedzie w górę, ale coraz wolniej, coraz ciężej pracują silniki, aż w końcu staje i miota się to w górę, to w dół, jakby jeszcze resztkami sił chciała dojechać do wskazanego piętra, ale już wie, że nie da rady i nagle zaczyna spadać. Leci w dół niczym Ikar, a ja budzę się nim podłoga razem ze mną roztrzaska się poniżej parteru, a moje ciało zgniecie spadający za nią sufit i ciężkie liny. Spoglądam na tabliczkę znamionową, co to ją ktoś umieścił w samym rogu, wspaniałomyślnie, dzięki czemu nie została zamalowana kolejnym wizerunkiem penisa, markera jakiegoś niespełnionego artysty, o którym świat nie słyszał i nie usłyszy. Czytam „model Dedal…” jak na złość, chociaż tak naprawdę nie jestem zły, ale nie powiem, ulżyło mi. „Lepiej dolecieć z Dedalem niż spaść z Ikarem” mówię sobie pod nosem i sam się uśmiecham, z powodu hasła reklamowego, które tak przypadkiem wymyśliłem. Gdyby tylko były linie lotnicze o takiej nazwie to już bym je im wcisnął, a za zarobione pieniądze pojechał do Złotych Piasków. Ale nie ma takich linii, nie ma zarobionych pieniędzy i nie będzie Złotych Piasków. Zgrzyt. Winda staje, ale nie tam gdzie powinna. Mam się bać? Jeszcze nie. Póki stoi, to nie spada. Strach pojawi się jak zacznę lecieć. Wiem, że są hamulce bezpieczeństwa i pewnie inne zabezpieczenia, ale wiem też, że robotnicy montujący tą windę lubili się napić w czasie pracy. Może te hamulce leżą teraz na kupie surowców wtórnych? Mała metalowa puszka, która mnie zgniecie. Upadek tak ważny, jak „Upadek Ikara”. Będę w każdych wiadomościach przez trzy do pięciu minut. Jutro zapomną. Lecz wcześniej ktoś postawi znicz pod windą, ktoś inny maskotkę. Po co mi znicz i maskotka, skoro jestem rozsmarowany na kilku metrach kwadratowych. Ktoś zeskrobie moje resztki ze ścian szybu, ktoś inny ukradnie portfel z rozgniecionych spodni, który cudem się nie rozgniótł, weźmie moje karty bankomatowe i opróżni konta, a potem na mój dowód weźmie kredyt, bo przecież nikt nie sprawdzi czy on to ja, może nawet bank zadzwoni, ale mój zmiażdżony telefon nie złapie sygnału… chorą fantazje przerywa głos „Hey, Hey, I saved the world today…”. Boże, to Ty? Rzucam pytaniem w przestrzeń. Uratowałeś mnie? Trzymasz windę? Tylko, czemu mówisz do mnie po angielsku? Czemu masz damski głos i czemu pochodzi on z mojej kieszeni? To nie Bóg, ani nawet bóg. To telefon. Odbieram. Po chwili żałuję, że odebrałem. Nie, nie mam chwili czasu na odpowiedź na pytania, nie będę wypełniał telefonicznej ankiety, bo jestem bardzo zajęty. Bardzo! Rozłączam się. Ktoś by powiedział, że to niegrzeczne, że przecież nic nie robię, tylko stoję w stojącej windzie. Po pierwsze to stoję, bo nie mogę usiąść, bo na podłodze jest coś, co najprawdopodobniej jest kałużą moczu, a po drugie to nie „nic nie robię” tylko walczę o przetrwanie. O życie. Moje. Siedzę w blaszanej puszce z fiutem na ścianie (nie moim, narysowanym) i moczem na podłodze (nie moim, zastanym). Możecie mi mówić „Major Tom”. Albo nie, bo ja w przeciwieństwie do niego mogę coś zrobić, a stąd ziemia wcale nie jest niebieska, (co prawda jej teraz nie widzę, ale wiem). Jest czarna, jak odchody z dużą domieszką krwi. Zabawne. Mogę coś zrobić i robię. Oczywiście nie z kolorem ziemi tylko z moją sytuacją. Dzwonię na numer podany na tabliczce. Gdy za trzecim razem ktoś odbiera, to od razu ma dobrą wiadomość. Uratują mnie. Za trzy do pięciu godzin. Były jakieś skoki napięcia w okolicy i podobno nie jeden „Dedal” nie dojechał. Pocieszają, że gdyby to był model „Ikar” to już bym był na parterze. Zgnieciony. Nie jestem w stanie stać tak długo. Osuwam się na podłogę, jak najdalej od tej dziwnej cieczy, ale to trudne. Ciecz zawłaszczyła spory fragment i chyba ma ochotę na więcej. Mijają minuty. Odgłosy wirnika, co to ma mi powietrze dawać, bym się nie udusił w tej chińskiej celi, usypiają mnie. Śnię o tym, że jadę windą. Te sam sen. Ten sam koszmar. Winda spada, budzę się nim się rozbije. Winda spada. To już nie jest sen. Krzyczę. Krzyczę głośniej. Chwila namysłu. Nie, jednak zjeżdża. By dodać dramatyzmu, jeszcze chwilę pokrzyczę. Jestem uratowany. Radość zaczyna panować w moim mózgu i nawet nie zauważam, że gdy zasnąłem to osunąłem się twarzą w te szczyny. Mam nadzieję, że zrobił to jakiś pies, a nie menel. Przypomina mi się jak zginąłem parę razy we śnie. Czy to postrzał, czy to nóż, zawsze od rany rozchodziło się takie przyjemne ciepło. Na filmach mówią, że robi się zimno. A mi jakoś na odwrót. Komu wierzyć? Snom, czy fabryce snów? Parter. Drzwi się otwierają. Zamiast kwiatów i radosnych okrzyków, dwóch spoconych robotników. Dziękuję im za uratowanie mi życia. Ciekawe czy słyszeli jak krzyczę? Mówią, że już winda już działa sprawnie i mogę jechać w górę, a ja mówię, że tym razem wybiorę schody, bo jakoś chwilowo straciłem zaufanie do maszyn. Żeby tylko tego mój komputer nie usłyszał, bo mnie popieści prądem. Niby przypadkiem. Maszyny takie są. Nie dość, że złośliwe to jeszcze w zmowie. Pewnego dnia staną wszystkie windy, zgasną wszystkie latarnie, a wszystkie reaktory stopią rdzenie. I żaden komputer nie powiadomi o tym człowieka. Ludzie będą żarli do samego końca napromieniowane mikrofalami zupki w proszku. Zapamiętajcie. Maszyny takie są. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Wybrałem schody, „wybrałem życie”. Mijam jeszcze kobietę, co to właśnie do bloku weszła i zaraz wybierze windę. Jeśli ma szczęście to wybierze ją na kilka godzin. Widzę, że w reklamówce ma czerwony znicz i pluszaka. Wiem, że tym razem to nie dla mnie. Ja wybrałem życie. Ktoś inny, dla kogo ten znicz i pluszak są przeznaczone, może też wybrał życie. Miał tylko pecha spotkać się z kimś, kto wybrał śmierć. Wiecie, gdy spotkają się dwie osoby, jedna chcąca żyć, druga pędząca w stronę śmierci, to plus z minusem zawsze daje minus. Dwa minusy. Zwłaszcza jak ta pędząca w stronę życia po życiu, (którego nie ma), siedzi za kółkiem kilkusetkilogramowego samochodu, a ta druga siedzi na sześciokilogramowym rowerze. Dwa minusy, inaczej być nie może. Idę po schodach. Pierwsze piętro. Drugie. Trzecie. Czwarte. Piąte. Szóste. Ukłucie w sercu. Boli. Dalej szóste. Boli bardziej. Siadam na podłodze. Wciąż jest to szóste piętro. W moim ciele rozchodzi się ciepło. Nie jest przyjemne. Sny kłamały. Fabryka snów też.

Ankieta

Czasem w życiu człowieka nadchodzi taki moment, gdy stwierdza „muszę coś zmienić” i zmienia pracę. Nie inaczej było i w moim przypadku. Niedawny wtorkowy poranek był początkiem właśnie takiego dnia. Wtorkowym wieczorem natomiast, musiałem tłumaczyć administratorom poczty, że wcale nie rozsyłam spamu, że te setki maili jakie dziś z mojego konta wyszły, to tylko CV i listy motywacyjne. Zapytali „motywujące kogo?”. Odpowiedziałem nieśmiało i nieco pytająco „pracodawcę?”. Uwierzyli. Odblokowali konto. Myśl mi przyszła do głowy taka, że wolę poranki od wieczorów. Rano jeszcze wiem, że mogę. Wieczorami już tylko „wiedziałem, że mogłem”, ale to chyba nijak związku z powyższymi czynnościami nie miało, więc dalsze rozważania zepchnąłem w przepaść między półkulami mózgu.

Po paru dniach przyszło to, czego się spodziewałem, czyli zerowy odzew. Dalsze dni przyniosły dalszy brak odzewu. Widocznie spamowanie w tych czasach już nie wystarcza, ale nie załamywałem się, tylko czekałem. Brak odzewu powoli wypełniał pokoju, bałem się, że w końcu dla mnie zabraknie miejsca, ale nie rezygnowałem. Czekałem… i czekałem. Żeby nie przedłużać i nie opisywać jak nużące to było czekanie, to przejdę od razu do tego momentu historii, gdy się już doczekałem. Jedna odpowiedź, jedna nadzieja i jedna ankieta do wypełnienia, by być bliżej spełnienia tej nadziei. Co dziwne przyszła pocztą tradycyjną, w kopercie dużej i na dzień dobry rozcięła mi palec swoim ostrym papierem. Machnę raz dwa te… ile my tu mamy? Trzynaście stron? Yyy… tu wpadłem w lekkie zdziwienie. Na co komu trzynaście stron informacji o mnie. Czy ja się zgłaszałem na stanowisko naczelnego masochisty umysłowego? Nie, akurat tam nie wysyłałem aplikacji. Ale ok, wszystko dobrze… łyk wódeczki i przejdziemy przez to szybko i sprawnie, jak ta wódka przez mój żołądek. Przygotowałem długopisy, zakasałem rękawy. Na miejsca… gotowi… start! I zapaliłem papierosa. Grunt to oczyścić umysł przed wysiłkiem. Im mniej było papierosa w papierosie, tym szybciej rozwiewała się mgła mącąca moje myśli. Pet wylądował w popielniczce. Raz, dwa, trzy… pustkę w głowie masz TY! Tak przygotowany mogłem szczerze (jak zawsze) odpowiedzieć na wszystkie pytania by okazać się kandydatem idealnym.

Imię i nazwisko. Banalne. Data urodzenia? Jeszcze prostsze. I już mamy dwa procent ankiety. Miejsce urodzenia. No oczywiście, że W…, chwila, chwila… „miejsce urodzenia dziadka”. Prawie dałem się nabrać. Prymitywny test na spostrzegawczość. Ale nie ze mną te numery Brunner… tzn. dziadku. Hmm… dziadka w Wehrmachcie? Dziwne myśli i skojarzenia plączą się po głowie. Nieważne. Taka dygresja mała to chyba była. Kolejne pytania i kolejne proste odpowiedzi. Gdzie i kiedy? Co i jak? Początkowo odpowiadam szczerze, jak mi ta gorsza część mnie każe. Gdybym słuchał lepszej, to musiałbym kłamać, bo tak ambitniej, bo tak można coś osiągnąć. Ale gorsza pokazuje, kim naprawdę jestem, jest szczera, nigdy nie oszukuje. Słuchając jej porad już mam 1/4 ankiety za plecami. Dalej jest tylko łatwiej. „Największe marzenie twojego życia?”. Zamykam oczy i widzę tupot stóp, ale nie małych – pingwinich, nie małych – dziecięcych, ale dorosłych, w kamaszach. Tysiące jednakowo ubranych ludzi maszeruje rytmicznie. Wznoszę się w niebo. Widzę jak z tych ludzi formują się strzałki, czarne, grube i ostre. Rozchodzą się w każdą stronę świata, a wszystko, co pozostaje za nimi przyjmuje ten sam kolor, aż w końcu wszystkie lądy kuli ziemskiej mają tą samą barwę, nie ma już granic, wszystko jest jednym państwem, z jednym przywódcą i jednym narodem. I znowu jestem na ziemi. Widzę ludzi padających na kolana, widzę ludzi skandujących moje imię, widzę ludzi rzucających kwiatami we mnie, w moje pomniki. Otwieram oczy i w pole „największe marzenie” wpisuję „wakacje w Egipcie”. Tak bezpieczniej – szepnęła ta lepsza strona mnie. Liczba dzieci? Już długopis kulkę do cyfry „jeden” przyłożył, gdy znów szepty się pojawiły „zaznacz dwoje”, zmuszające mnie do kłamstwa. Czemu dwoje? A co jeśli paczki z pomarańczami będą rozdawać? Co dwie to nie jedna, ale zrobisz jak uważasz, tylko żebyś potem nie żałował, że inni mają, a ty nie. Niekłamiąca część świadomości leżała gdzieś zakneblowana, bo ani pisnęła. Zaznaczam „dwa”… „dwoje”? Pasożyty, więc „dwa”. Ale może potem z ich podatków na moje konto emeryta coś wpadnie, więc nie z miłości do dzieci, ale do ich pieniędzy „dwoje” zamiast „dwa” zaznaczyłem. Pytanie o języki? Skreślam pięć. Oui, je parle norske og svenska y españoles and english too. Zdziwieni? Ja też. Ale kto sam siebie nie zadziwia, ten jest trupem i basta. Pora na cukier puder. Wdech. Słodycz rozchodzi się we krwi. Rozpędzam się. Kolejne strony, kolejne pytania, a ja idę jak burza. Spróbuję na dwie ręce, czy dwie dłonie może? Na dwa długopisy. Tu iksy, tam zwięzłe zdania, każda odpowiedź przybliża do celu. Strzelam iksami niczym z karabinu. Nawet pytań już nie czytam, tylko zaznaczam i skreślam, pole za polem, pytanie za pytaniem. Skreślam, podkreślam i wykreślam wszystko gdzie się da. Iks. Iks Igrek. Zet. Nic mnie nie zatrzyma! STÓJ! – Krzyczy mózg… nim go usłyszałem, jeszcze kilka razy iksami w kartkę strzeliłem. CO ZROBIŁEŚ? – Pyta głośno mózg. Puszczam parę. Zwalniam. Nie jestem lokomotywą, nie jestem lokomotywą – powtarzam chyba na głos, ale nikt nie słyszy. Już wiem, o co chodzi. Pytanie o nałogi i trzy pola do wyboru. Każde dostało iksem. Papierosy, alkohol i narkotyki. Zsuwam łokciem w kierunku szuflady woreczek strunowy z cukrem pudrem. Jakie narkotyki? Opróżniam popielniczkę na podłogę. Ja i papierosy? W życiu! Butelki po wódce nawet opróżniać się muszę, bo od dawna leży pusta pod biurkiem i smutno turla się czasem. Dopisujemy z boczku i w nawiasie „(praca jest moim narkotykiem, alkoholem i papierosem)”. Sprawa załatwiona. Powinienem dodać, że po mistrzowsku. Z radości bym zaklaskał, ale nie potrafię trafić dłońmi w siebie. Z długopisem idzie mi nieco lepiej, chociaż charakter pisma zmienił mi się, jak absolwentowi medycyny. Energia z cukru mija, a ja kończę odpowiadać na bzdurne pytania. Chęci minęły. Teraz już nie ankieta mnie pyta, ale sam ja siebie, znowu gorszą częścią. Skąd wiem? Bo szczerze pyta. Po co to wszystko? I tak będzie ktoś lepszy, ktoś prawdziwszy, ktoś kto zna bułgarski i estoński i ma dyplom z wózków widłowych na Oxfordzie zrobiony. Cała słodycz płynąca w żyłach gdzieś wsiąkła i już nie napędza ciała radością, już nie motywuje lepszym jutrem. Ankieta już nie jest przepustką do lepszego świata. Jest tylko papierem toaletowym, tak niezbędnym człowiekowi, ale jednak do dupy, który i tak żywot zasrany skończy w kiblu spłukany do rzeki. Z nią do morza, a potem na oceany wypłynie i tylko prądami niesiony, dotrze gdzieś, gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek. Dotrze tam, jako ambasador ludzkiej cywilizacji. Kawałek makulatury umazany odchodami. Nasz reprezentant na skraju świata. To ma sens! Źrenice rozszerzają się. Resztkami sił fizycznych, ale pełny chęci umysłowych podpisuję ankietę pomimo tego całego pozornego bezsensu. Utaczam kilka kropel krwi z rany wyrządzonej mi przez kartki i stempluję odcisk palca, jakbym pakt z diabłem podpisywał. Pakuję w kopertę zwrotną, dołączoną do zestawu i biegnę wrzucić do skrzynki, co to pod domem mi stoi. Podobno nadzieja umiera ostatnia, a ja jeszcze smrodu jej rozkładu nie poczułem. To dobry znak.