Bułka nasza powszednia

Metro. Tłok. Wszyscy z pracy wracają, więc nic dziwnego, że tłok. W tym tłoku ja. Z prozaicznie prostą misją. Bułki wrocławskiej mi się zachciało, ale taniej, więc nie kupię tam gdzie zawsze. A że czasu mam w nadmiarze ostatnio, to mogę pojechać i nie grosza i nie dwa, a siedemdziesiąt trzy zaoszczędzić. Mogłem oczywiście wyjść z domu wcześniej, ale ja lubię tak w tłumie podróżować. Lubię jak się o mnie ocierają, jak sapią za plecami, jak depczą buty. Będę miły postanawiam. Nie będę sapał i nie zdepczę. Patrzę jak gapią się tępo w te monitorki z najświeższymi newsami z przedwczoraj. Wszyscy, czy to mają piętnaście czy siedemdziesiąt lat, czytają jak w Łojkowicach piorun uderzył w studnię i wiadro się urwało. Ochotnicza straż pożarna wyłowiła je zaraz po tym, jak skończyła gasić rozniecony przez siebie pożar. W ramach treningu oczywiście. Kto wie gdzie leżą Łojkowice? Nikt. Ale czytają. Sam czytam. I nowa strona do czytania. Ceny złota w dół. Okazuję się, że wagon metra pełen jest Żydów, bo jak inaczej wytłumaczyć tak wielkie zainteresowanie tą wiadomością? Dla niepoznaki tylko założyli filcowe płaszcze i moherowe berety, rydwany na zakupy wzięli i podobnie jak ja, na tańszą bułkę się czają. Czekam, aż wyciągną kalkulatory i zaczną liczyć straty. Boje się, że może sam jestem Żydem? Zajrzałbym w spodnie, ale przy ludziach trochę się krępuję. Kalkulatorów nie wyciągają. Ekran mignął, a dziesiątki głów już trawią nową wiadomość. Rinahanana wydała nową płytę. Wow! Czekałem na to. Cokolwiek by to było. Już widzę jak zaraz cały wagon rzuci się do sklepu, by kupić ten krążek. Stacja. Drzwi się otwierają. Nikt się nie rzuca, nikt nie biegnie. To wina redaktorów. Nie napisali w pięcio zdaniowej wiadomości, że „musisz ją mieć”. Widocznie zapomnieli. Sami sobie winni. Nikt nie wysiadł, za to weszła połowa tego, co już była w środku. Teraz wypełniamy wagon w 150%. Jak to możliwe? Nie wiem. Nie znam się na dodawaniu. Coś zaczyna uwierać mnie w krocze. Patrzę niepewnie w dół. To nie ja. To karzeł, co się zagnieździł między moimi nogami. Teraz już wiem skąd te 150%. Ale nie mówię nic, nie chcę by poczuł się obrażony. Niech sobie pouwiera. Karzeł przynajmniej nie czyta newsów z ekraniku. Za niski jest. Żal mi się go zrobiło, ale przecież mu czytać nie będę. Głos mówi, że zaraz mój punkt docelowy. Cieszę się, bo w wagonie powoli kończy się powietrze. Dobrze, że to nie siedemdziesiąt lat wstecz, bo zaraz po wyjściu kazaliby mi prysznic wziąć i na tym skończyłaby się moja wyprawa. Na szczęście XXI wiek jest inny. Ludzkość już dawno wyzbyła się prymitywnych, negatywnych uczuć i emocji. Szacunek, prawda, dobro i wzajemność, to słowa, które charakteryzują typowego człowieka tego stulecia. Zwłaszcza w Polsce, w tym chociaż przodujemy. Zielona wyspa. Zielona jak Atlantyda.

Drzwi otwarte, można wychodzić. Rzucają się wszyscy, jakby to faktycznie dawniejsze czasy były i kto pierwszy ten przeżyje, ten dziś z prysznica zwolniony. Rzucam się do wyjścia razem z innymi, nie będę gorszy. Wszyscy do schodów ruchomych. Formują już kolejkę, a ja będę sprytniejszy i wejdę schodami zwykłymi (na tych ruchomych czasem trudno mi złapać równowagę), które dziwnie pustką świecą. Widzę, że sporo osób woli chodzić po ruchomych. Mądre to. Nie tylko idziesz, ale i jedziesz. Co z tego, że miejsca w szerz jest na półtorej osoby, dwie się też zmieszczą. W wagonie też był limit, a weszło więcej i jakoś nikt nie umarł. Chyba. Już jestem na powierzchni, nieco szybciej niż inni, ale co z tego, skoro zaraz mnie doganiają i mijają biegnąc bez opamiętania przed siebie. Czuję się jakbym jechał „maluchem”, a obok mnie same TIR-y przejeżdżały, a podmuchy powietrza do rowu spychały. Dobrze, że ja idę w swoją stronę i już za chwilę oddzielę się od tego stada krów. Krowy pobiegły na pętle, łapać autobus, bo przecież odjeżdża, co prawda, co trzy minuty, ale miejsce siedzące trzeba mieć. Nikt normalny nie ustoi trzydziestu minut. Co innego, gdy wielki właściciel sklepu z plastikową biżuterią zażąda ośmiu godzin na nogach i tylko jednej, piętnastominutowej przerwy, pod warunkiem, że tylko pół dupy usadzi się na stołku. Tam stać można, bo tam stać trzeba i ani myśleć o zmianach. I dziękować jaśniepanu, że stołek nie stoi do góry nogami. Wtedy nikt się nie skarży. Na zakończenie dnia, ucałować pana w sygnet (dziwne, że ze złota, skoro sam sprzedaje plastikowe w podobnej cenie) i prosić by dalej pozwolił pracować za pięć złotych na godzinę, albo może tylko za trzy. Bo jak nie, to co wtedy? Głód, szczaw i odkrywkowe kopanie węgla pozostało. Jak zawsze odszedłem myślami gdzieś na bok. Nowy ład społeczny mi się zamarzył. Ale kto by zrezygnował z takiej pracy w imię wyższych idei? Pięć złotych to pięć złotych, a i miejsce siedzące można po ośmiu godzinach stania, wywalczyć w autobusie i dalszą godzinę czy pół przesiedzieć wdychając opary spalania paliw i w ten sposób średnią długość życia zbliżyć do 67 lat i ani dnia dłużej. Na szczęście ja nie ze stadem, pod prąd też nie, tylko gdzieś w bok, w stronę sklepu. Widzę śmieciarzy jak kosze opróżniają. Przyszłość – myślę. Ale póki, co mamy teraźniejszość, więc się nie przejmuję. Gdybym się miał takimi głupotami przejmować, to już dawno bym inną drogę wybrał. Bardziej rozrywkową lub „rozerwałkową”, żeby nie rzec „wybuchową”.

Podróż do sklepu przebiega w miarę spokojnie. Ciemno już się zrobiło, więc większość ludzi zaszyła się przed telewizorami i napromieniowuje sobie oczy rozrywkową na poziomie. „Papapa… Kiepskich świat…”. Na szczęście ja jestem koneserem i oglądam tylko „Rodzinę zastępczą minus dwa”. Docieram do sklepu. Otwarte. Czemu by miało być zamknięte, skoro każdy sklep wyznaje zasadę „nasz klient, nasz pan”. Nie zamkną, dopóki nie kupię. Ochroniarz wita mnie przyjemnym, prostym spojrzeniem. Wiem, że, jakby co, to nie mogę na niego liczyć. On też wie, że jakby, co to mi nie pomoże. Dobrze jest żyć w tej świadomości. Jako, że w tym ultramegamarkecie już kiedyś byłem, to od razu kieruję się w odpowiednią stronę, bo czasu na szukanie bułek tracić nie muszę. Biorę dwie w ręce. Ręce też mam dwie, więc dobrze się składa. Po jednej bułce na rękę i do kasy. Samoobsługowej rzecz jasna, bo nie będę stał w kolejce w normalnej kasie, jak mam tylko dwie rzeczy. Na miejscu orientuję się, że podobną myśl miało dwanaście osób, tylko jakoś dziwnie u nich produktów więcej, chyba ponad przepisowe dziesięć. Nie będę protestował. Albo nie… właśnie, że zaprotestuję, tylko tak jak Ghandi. Milcząco. Dumny z mojej odwagi i chęci czynienia świata lepszym protestowałem przez cały czas oczekiwania na wolną kasę. Protest niesamowity, aż żal, że telewizji nie było, by mogła to sfilmować. Namilczałem się na cały tydzień. Kasa przywitała mnie klasycznie robotycznym podejściem. Weź, dotknij, włóż i tak dwa razy w moim wypadku, a potem zapłać. Jak w burdelu, z tym, że tu sklep, tu panie kasjerki, a tam „dziwy” jakieś. Ale i tak wolę te kasy, bo przynajmniej nie pytają, czy może być bez grosza i nie krzywią się jak 100 zł zobaczą. Najwyżej nie wezmą, albo same zaokrąglą 2,79 do 5 zł i też jest ok. A potem kłóć się z automatem. Podejdzie ochroniarz i powie „proszę nie kłócić się z kasą” i koniec. Kropka. Na szczęście mi kasa wydała całą sumę, co do grosza i w groszach. Gdybym oddał to do skupu złomu to bym zarobił dwa procent. Ale, że jestem tu gościnnie, to nie będę szukał po ciemku skupu metali szlachetnie-kolorowych.

Droga powrotna już bez pośpiechu. Dwie bułki pod pachą. Zaoszczędzone grosze w portfelu. Mijam te same śmietniki. Nikt już się koło nich nie krząta. Nie ma przyszłości? Jakaś na pewno jest. Zbliżam się do stacji. Na murze ktoś namalował penisa. Małego. Obok dopisano „kurwa”. Słowa proroków napisane są na ścianach metra. Jakie czasy, tacy prorocy – pomyślałem i zjechałem schodami ruchomymi, żeby sprawne stawy na starość zachować, bo może uda się dożyć dalej niż do 67 roku życia. Zaraz jednak myśl nową miałem. Jeśli uda się dożyć dłużej, to tylko dlatego, że wiek emerytalny podnieśli i jeszcze im jestem potrzebny. Zaniepokojony tą myślą odpakowałem bułkę i patrząc na bezdomnego, który przysiadł sobie opodal, zacząłem przeżuwać ją powoli i dokładnie. To była dobra bułka.

Reklamy

W tramwaju wszystko zdarzyć się może

Jechałem niedawno tramwajem. Niby nic nadzwyczajnego, tysiące ludzi tramwajami jeździ każdego dnia i wielkich historii z tego nie robi. Czemu, więc ja chciałem się z Wami tą historią podzielić? Czy myśleliście kiedykolwiek nad tym, że może nawet zwyczajna jazda tramwajem, tak naprawdę jest czymś więcej? Ja nie myślałem… do pewnego momentu. A teraz sam już nie wiem co o tym myśleć. Chyba jeszcze trochę pomyślę, to może coś wymyślę, do czegoś dojdę i coś z tego będzie, ale póki co, pozostaje mi tylko podzielić się z Wami pewnym spostrzeżeniem.

Cofnijmy się więc w czasie o dni kilka (sformułowanie „cofnijmy się w czasie”, jest tu bardziej istotne niż myślicie), usiądźmy w tramwaju i spójrzmy moimi oczami przed siebie. Co widzimy? Obdrapane siedzenia, porysowane okna, przyklejoną gumę i trzy wlepki. Nie skupiajmy się jednak na takich drobnostkach, bowiem za rok czy pięćdziesiąt lat, już ich nie będzie. Spójrzmy szerzej, na ludzi. Kilka starych kobiet, kilku starych mężczyzn, człowiek w dresie, człowiek w szaliku lokalnego klubu sportowego, człowiek ciut za ładnie ubrany, jak na jazdę tramwajem, uczniowie. Wyjątkowo jak na porę popołudniową tramwaj jest dość luźny. Dalej nie widzimy nic nadzwyczajnego. Pora więc mocno wysilić wzrok i przyjrzeć się człowiekowi w szaliku klubu sportowego. Nie istotne jaki to był klub, istotniejsze jest to, że na pierwszy rzut oka człowiek ten wyglądał na lekko psychicznie chorego (dalej myślicie, że patrzycie moimi oczami? Może Wam też przydałoby się leczenie?). Jego zachowanie odbiegało od zachowania typowego pasażera tramwaju. Nie patrzył smutno przez okno, nie patrzył smutno w podłogę, nie pluł na szyby i nie wycinał nożem podobizny penisa na siedzeniu. Zamiast tego chodził po całym wagonie i dokładnie sprawdzał kasowniki. Kanar pomyśleć by można. Ale to nie był kanar. Aż tak charakterystycznego wyglądu nie miał. Gdybyśmy nasze analizowanie jego zachowania zatrzymali w tym momencie, to nasze myśli podpowiedziałby nam, że jego rozwój zatrzymałby się na etapie pięciolatka, ale poanalizujmy jeszcze chwilę, bo sprawa nie jest tak błaha, jak się pozornie wydaje. Czemu w regularnych odstępach czasu ktoś podchodzi do kasownika i coś sprawdza. Czemu trzyma długopis, ale nie trzyma kartki? Czemu na początku tego akapitu nawiązałem do podróży w czasie? Jeśli pomyślicie nieco i odrzucicie prawdopodobne wytłumaczenia tych zachowań, to pozostanie tylko jedna, jedynie słuszna odpowiedź. Człowiek ten był podróżnikiem w czasie! Nie! Ale z Was głąby. Komu przyszła do głowy taka odpowiedź, może już przestać czytać, wstać, iść w kąt, uklęknąć na grochu i głośno powtarzać „jezdem debilem”. Sugerujecie się wszystkim co Wam napiszę. Wstyd mi za Was moi drodzy czytelnicy. Co? Ktoś ma jakąś inną odpowiedź? Znowu widzę las rąk w górze… a jeszcze więcej pod biurkami i kołdrami. Niegrzeczni czytelnicy! Na wszystkie swoje pytania muszę odpowiadać sam, nie mogę na Was liczyć. Trudno. Może kiedyś mnie zaskoczycie. Usiądźcie wygodnie i przestańcie robić te wszystkie brzydkie rzeczy, które robicie. Uwaga, teraz poznacie moje zdanie, do jakiego doszedłem w procesie myślowo-poszlakowym. Człowiek miał długopis, ale nie miał kartki. Dlatego, że wszystko notował w głowie. Jeśli notujesz w głowie, to nie możesz być głupi. Jesteś mądry. Sprawdzał nie kasowniki, ale godzinę na nich podaną. Dlaczego? Bo badał zjawisko dylatacji czasu. Takie to było trudne? Następnym razem gdy posądzicie kogoś o chorobę umysłową, będziecie przed nim uciekać, próbować się wyrwać, gdy złapie Was za rękę i będzie coś bełkotać, zastanówcie się dwa razy, czy przypadkiem nie macie do czynienia z geniuszem, który mówi Wam prawdy życiowe dawno zapomnianym językiem. W końcu już wieki temu zapisano, że kto ma oczy, niech patrzy, a kto ma uszy, niech słucha, ale kto ma język, niech nie zawsze się odzywa. Jeśli znaleźliście w tej historii morał, to dobrze, a jeśli nie, to wróćcie do trzymania rąk pod kołdrą. Nikt nie patrzy.

Figurki

Siedział nad biurkiem, dłubiąc precyzyjnie w jeszcze bezkształtnej masie.
– Co robisz? – spytała zza pleców żona.
– Buduję sobie pomnik – odparł z dumą.
– Pomnik? – dopytała z niedowierzaniem.
– Tak, pomnik.
– … trwalszy niż, ze spiżu? – zapytała kpiąco.
– Z białka i cukru i czegoś tam jeszcze, to chyba nie trwalszy – wytłumaczył. – Skąd w ogóle miałbym spiż wziąć? I jak niby nad biurkiem miałbym coś z niego odlewać? Mam puścić wszystko z dymem? – lekko zdenerwowany jej dziwnym pytaniem, wykonał o jeden ruch ręką za dużo i odciął nożykiem fragment masy.
Zacisnął wargi w złości, ale nic nie powiedział.
– No już dobrze, lep sobie ten pomnik. Tylko uważaj, żeby coś złego z tego nie wyszło – pogłaskała go po głowie i poszła do swoich zajęć.

Masa powoli nabierała zaplanowanych kształtów i szczegółów. Co prawda produkt tej wielkości ciężko było nazwać pomnikiem. Najwyżej pomniczkiem, a i to była zbyt poważna nazwa, dla tak małej figurki, ale czy to było istotne? Ważne, że przypominało jego samego.

– Skończyłeś już? – spytała żona, znudzona codziennymi obowiązkami.
– Prawie. Podejdź i zobacz. Czy nie podobny?
Podeszła zaciekawiona efektem, jaki to osiągnął mąż, po wielogodzinnej dłubaninie. Oglądała dokładnie figurkę, ale coś jej nie pasowało, tylko jeszcze nie wiedziała co. Dół był w porządku, środek też, za to z górą było coś nie tak. Wrzuciła mózg na wyższy bieg i dokładniej przyjrzała się górnej części figurki. Potrzebowała kilku chwil, by rzec – Jakieś takie bez życia to jest.
– Bez życia? – wziął gwałtownie z jej rąk figurkę i przejechał jakimś małym narzędziem kilka razy w okolicach oczu. – A teraz?
– Teraz lepiej. Widać pewne podobieństwo – odpowiedziała żona, porównując pomniczek z mężem.
Sięgnął do szuflady i wyjął z niej drugą figurkę, podobną do pierwszej, tylko krótszą, ale za to szerszą.
– Ciebie też zrobiłem, tylko jeszcze dodam życie, żebyś nie mówiła, że trupy produkuję – i z uśmiechem na ustach poprawił już wprawniej twarz figurki. Z oczu zaczęła bić iskierka życia, choć przecież był to tylko zlepek białek i cukrów i innych pomniejszych elementów.
– Ładna. Ładniejsza od tej pierwszej – oceniła żona.
– Bo podobna do Ciebie – odpowiedział z czułością w głosie.
Postawili figurki na biurku, jedna obok drugiej i przypatrywali się im w ciszy. Chociaż były nieco kanciaste i toporne, a jedna na dodatek jakaś taka kostropata, to każdy zauważyłby podobieństwo do ich twórców, a właściwie twórcy, bo przecież żona w procesie tworzenia udziału nie brała, a jedynie jej obraz wyciągnięty z głowy męża posłużył jako wzór dla drugiej rzeźby.
– Wiesz, że nie mogą tutaj zostać? – powiedziała żona, przerywając ciszę.
– Wiem – odpowiedział mąż z lekkim smutkiem.
– Gdzie je postawisz?
Mąż popatrzył w górę i wpadł w lekkie zamyślenie. – Gdzie będzie im najlepiej? – zapytał w myślach samego siebie. Przeleciało mu przed oczami kilka miejsc, ale tylko jedno nadawało się idealnie.
– Zaniosę do ogrodu, tam będzie im dobrze – oznajmił po chwili namysłu.
– Do ogrodu? – powtórzyła jego słowa żona. – One to nie my. Są małe i bezradne. Nie boisz się, że się zgubią?
– Będę miał na nie oko – odparł pewnie.
– A nie boisz się, że Ci coś zniszczą?
– Sama powiedziałaś, że są małe. Co więc takie małe rzeźby mogą zrobić? Jabłka mi zjedzą? – zaśmiał się ciepło w kierunku żony.
Wziął figurki w dłonie i poszedł w kierunku ogrodu. Żona patrzyła na to z daleka. – Lepiej, że robi to, niż miałby nic nie robić – powiedziała sobie w myślach i zajęła się swoimi sprawami.

Oddaj moje wiersze!

Jazda tramwajem stała się dla mnie czynnością tak powszednią, że aż nudną. Oglądanie śmierdzących meneli z wózkami pełnymi śmierdzącego dobytku już nie bawiło jak kiedyś. Podsłuchiwanie rozmów starych bab przestało być rozrywką, jakiej potrzebowałem. Nawet ślina wypluwana przeze mnie poza okno nie miała już tej siły przebicia i spadała smutno po szybie, zamiast pruć przed siebie, aż do spotkania z twarzą przypadkowego człowieka.

Ze smutkiem wspomniałem dawne czasy, gdy w ramach jakiejś akcji społecznej w tramwajach powieszono wiersze. Gdy człowiek wchodził do wagonu i mógł przeczytać twórczość młodych poetów, to od razu się lepiej gdzieś tam w środku robiło. Niektóre wiersze podobały mi się tak bardzo, że czytałem je wciąż od nowa, próbując zrozumieć, co autor miał na myśli. Aż w końcu pojmowałem, że jedynym celem jaki przyświecał autorowi, było odwrócenie uwagi od przystanku, na którym zwykłem wysiadać. Obcowaniem z kulturą wyższą pochłaniało mnie. Mocno pochłaniało. W pamięci niewiele mi co prawda zostawało, ale dałem radę przypomnieć sobie dwa, krótsze wiersze, które wydawało mi się wtedy, że znaczą coś więcej, niż tylko psotą są poety, zmuszającą człowieka do chwilowego oderwania się od rzeczywistości.

„Gdy gwiazdy na niebie migocą
Włączam porno w komputerze
Lubieżnie dotykam się nocą
W żadnego boga nie wierzę.”

Drugi z nieco innym przesłaniem, ale myślę, że dla ludzi obytych zrozumienie go to przysłowiowa bułka z gównem.

„Zdeflorowałem ją kijem z lasu,
Drągiem długim i twardym,
Radośnie piszczała,
Trochę płakała,
Na końcu skomlała,
A potem zasnęła,
Przysypała ją ziemia.

Córeczko!”

Niestety próba ukulturalnienia społeczeństwa się nie udała, wiersze jak znienacka się pojawiły, tak znienacka zniknęły. Podsłuchałem niedługo potem, jak dwie stare baby tłumaczyły to zjawisko. Podobno wszystkiemu winien był jakiś dzieciak, synek wysoko postawionej osoby. Podobno, gdy jechał do teatru ze szkolną wycieczką, długo przyglądał się kartce z jednym z wierszy, a po powrocie do domu spytał mamusi co to jest „defloracja”. Podobno mamusia była zła i kazała zdjąć całą poezję z komunikacji miejskiej. Od tej pory ludzie mogli tylko czytać reklamy, a dzieci miały zakaz szkolnych wyjść do teatru. Dziwnym jest, że jakoś tej wysoko postawionej kobiecie, nie przeszkadzały „kutasy” w lekturach szkolnych. A może ta pani wcale lektur nie czytała i o tych „kutasach” nie miała pojęcia? A może tam wcale nie było „kutasów”? Może tylko głodnemu chleb na myśli? Na szczęście ja nie muszę odpowiadać na te pytania, a „kutasy” mam w dupie. Nie dosłownie oczywiście. Wracając do sedna, wagony ogołocone z poezji, świeciły szaro brudnymi szybami i tylko kolorowe kartony z reklamami, jeszcze jako tako zabijały codzienną nudę w komunikacji miejskiej, mordując przy okazji komórki mózgowe. Ale coś za coś. Wedle najnowszych badań 83% ludzi lubi czytać reklamy, a 35% świata poza nimi nie widzi. Widocznie ja należałem do tych pozostałych 28%. Właśnie uświadomiłem sobie, że nigdy nie byłem z matematyki asem. Asem, rymuje się z kutasem. Tym przy pasie oczywiście. Znowu odeszliśmy od tematu. Albo „znowuż”, jakby powiedział człowiek, co to właśnie przejechał tuż za oknem tramwaju, w powozie konnym z kilku desek zbitym. Skąd się oni biorą, sam siebie zapytałem. Ze wsi! Odpowiedział mi mój wszystkowiedzący mózg. Pewnie miał rację.

Miesiące mijały. Podróżowanie tramwajem stawało się nudne do granic, a potem te granice jeszcze przekraczało. Nie raz. Ale razu innego, stało się coś nieoczekiwanego.
Samo MZK podało mi pomocną brzytwę, bym chwycił ją mocno i ostrzem odciął nudę, jaka w czasie jazdy mi towarzyszyła. W wagonach pojawił się wyciąg z regulaminu przewozu osób. Zapytacie „A nie było do tej pory?”. Oczywiście, że był. Ale ten był po angielsku! Co prawda to tylko skrót, marne kilka paragrafów, ale przyjemności obcowania z innym, nieznanym językiem nie można było odmówić. Regulamin po polsku miałem w małym palcu (akurat tym, co to go sobie prawie odciąłem, ale to temat na inną historię), natomiast świeżo przyklejony tekst po angielsku stanowił nie dość, że nowość to jeszcze wyzwanie. Jego świeżość i nieskalaność przez analityczno, przetwarzające zdolności mego mózgu prowokowała mnie. Z drugiej strony jednak hamulce wciskały moje zdolności lingwistyczne.
Po polsku przeczytałbym tekst 320 razy i zapamiętał, ale po angielsku? Tu sprawa była trudniejsza. Pewnie, gdy mając dwanaście lat i możliwość spędzania każdych wakacji u taty w Londynie, patrząc jak haruje na budowie nosząc pustaki, to przeczytanie tych kilku paragrafów nie stanowiłoby dla mnie problemu, bo obycie z obcą mową jako takie bym posiadał (ze zrozumieniem może dalej miałbym problem). Niestety moje wakacje nie miały nic wspólnego z Londynem. Z Lądkiem-Zdrój też nie miały. W tym momencie przypomniała mi się scena z pewnego filmu, którego akcja toczy się w średniowieczu. Bohater filmu podróżuje z kilkoma facetami, którzy mówią w innym języku, a on „ani be, ani me”, ale tak długo im się przysłuchuje, aż w końcu zaczyna rozumieć. Potem orientuje się, że oni tylko o dziwkach rozmawiali, a on akurat gustował w młodych chłopcach. Ale mniejsza z fabułą tego obrazu. Myśl zaświtała mi pewna. Czy jak przeczytam te angielskie słowa tysiąc razy, to je zrozumiem? Nie zaszkodzi spróbować. Czytanie nie boli. Poza tym co innego mam robić w tramwaju? Kraść złote łańcuszki? To dopiero za rok, jak zmienią przepisy i z przestępcy stanę się „wykroczeniowcem”. Zanim jednak zmienię profesję na mniej społecznie poważaną, acz większy dochód przynoszącą, to spróbuję zmierzyć się z tym językiem mi nieznanym, może coś dobrego z tego wyniknie? Smutna tylko mi myśl towarzyszyła taka, że bohater filmu może i pojął język swoich kompanów, bowiem w średniowieczu wystarczyło znać tylko kilka słów, by radośnie egzystować w społeczeństwie. „Wilk, matka, dom… ksiądz, danina, dziesięcina… pokuta, widły, pochodnie… stryczek, grzech i piekło” i człowiek sobie jakoś radził, a nawet bogate życie towarzyskie prowadził. A dziś mamy 150 nazw rodzajów butów, a i tak mówimy na nie „te zielone” lub „te skórzane”. Gdyby chociaż ten regulamin był po niemiecku, to może, może coś, ociupinkę bym pojął. W młodości oglądałem filmy, gdzie wysocy blondyni, oddają życie za zjednoczoną Europę. Filmy te na lata ukształtowały mój światopogląd. Dopiero studia uświadomiły mi, że jak ktoś nad jajami nosi napis „Gott mit uns” to jeszcze nie oznacza, że Bóg nad swoimi jajami napisał „Ich bin bei dir”.

On zachorował na pracę!

Marian wielokrotnie powtarzał, że praca jest zaraźliwa. Nie lubił chorować, jak większość ludzi, ale na pracę nie lubił chorować wyjątkowo. Zdarzało mu się oczywiście czasem złapać tego złośliwego wirusa, ale z każdym kolejnym razem uodparniał się na niego coraz bardziej. Jego stosunek do pracy można określić jako całkowitą przeciwność, entuzjastycznego podejścia jakie miał Jerome K. Jerome. Szliśmy pewnego razu chodnikiem, gdy na przed nami nagle wyrośli robotnicy kopiący jakiś rów. Marian nerwowo próbował zawrócić, a ja śmiałem się z niego. „Przecież nic Ci się nie stanie” mówiłem. „Praca to nie wyrok, miliony ludzi to mają i żyją”, „nie zarazisz się od samego patrzenia czy przejścia obok”. Marian zaufał mi. Nie przeszliśmy na drugą stronę ulicy, tylko raźno przed siebie, mijając kilku robotników i ich koparkę.

Następnego dnia Marian nie odbierał telefonu. Kolejnego także. Zaniepokoiłem się. Poszedłem do niego, ale nikt mi nie otworzył. Trzeciego dnia spotkałem go przypadkiem na ulicy, gdzie kopał rów. Spojrzał na mnie spode łba, ale się nie odezwał. Ja też nie miałem odwagi. Wiedziałem, że to przeze mnie pracował. Ja na niego tą chorobę ściągnąłem. Do dziś mam wyrzuty sumienia z tego powodu, chociaż niejedną wódkę mu postawiłem. Na szczęście po dwóch tygodniach wyzdrowiał. Rzucił łopatę. Zdjął pomarańczową kamizelkę i poszedł przed siebie. Jak zawsze przed siebie.

Badanie

– Musisz iść do endokrynologa – powiedziała żona.
– Mhm – odchrząknąłem, że niby usłyszałem. Nie lubiłem jak przerywała mi oglądanie „Rozmów w toku”, takimi głupotami jak jacyś tam lekarze. A odcinek był wybitnie ciekawy. Ale nie będę protestował, jeszcze obiadu nie dostanę. Pójdę. Zapiszę się i pójdę. Pewnie za pół roku.
O dziwo udało mi się zapisać na wizytę już na następny dzień.
Budynek do którego miałem za chwilę wejść, nie przypominał ani przychodni, ani szpitala, wyglądał zupełnie zwyczajnie. Nie miał żadnych medycznych oznaczeń. Ale taki adres dostałem, więc nie będę drążył tematu. Wszedłem i raczej bez trudu znalazłem odpowiedni pokój. Przed drzwiami czekała tylko jakaś starsza pani z pieskiem. Odetchnąłem z ulgą. Byłem przygotowany na co najmniej siedemnaście starych bab, a tu tylko jedna i do tego z pieskiem. Na dodatek za chwilę weszła do gabinetu. Trochę mnie to zastanowiło, że tak z psem wchodzi, ale skoro budynek nie wyglądał jak przychodnia, to może i „przychodniowe” standardy tu nie obowiązywały. Usiadłem i czekałem cierpliwie. Zegarek wybił, a raczej by wybił, gdyby wybijać potrafił, a jako zegarek naręczny tej umiejętności nie posiadał, to tylko wybił-tyknął godzinę 15:30, czyli moją i punktualnie o tej porze drzwi gabinetu otworzyły się, pani z pieskiem wyszła, a głos ze środka zawołał „następny!”. Faktycznie, standardy iście rodem nie z przychodni, skoro każdy wchodzi o swojej porze. Wszedłem nieśmiało do środka, z głową pochyloną, żeby lekarz wiedział, że należyty szacunek mu oddaję. A ten tylko stanowczo, acz uprzejmie powiedział „siad!”. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale mój mózg wnet znalazł odpowiedź. To musi być lekarz wojskowy! Stąd ten ton. Usiadłem, jak kazał. A ten wyciąga do mnie rękę, zakończoną dłonią, jego własną dłonią. Otwartą. Mhm. Tym razem mózg był szybszy i od razu połapałem się o co chodzi. Rękę po kopertę wyciąga! Albo chociaż koniaczek mu się marzy. Jeszcze mnie nie zbadał, a tu już łapówka… tzn. podziękowanie. Nie, nie, nie. Prowadziłem wewnętrzne zaprzeczanie, które zaraz wydobyło się na zewnątrz w postaci ruchu bocznego głową i jedne co w dłoń lekarza włożyłem, to własna dłoń, do mojej ręki podczepiona. Na celu to miało zniszczenie tej krępującej sytuacji już na samym starcie, poprzez zaskoczenie człowieka, moim nieodgadnięciem zasad i udaniem, że całość zrozumiałem jako gest powitalny. Nie zdziwiło go to jednak. Pod nosem wykrztusił ledwo słyszalne słowo „dobrze” i zaczął przeglądać jakieś papiery i zerkać na mnie co jakiś czas. Dumny z siebie, że ukróciłem ten łapówkarski proceder, siedziałem i uśmiechałem się, jednocześnie zapominając o tym, co celem mojej wizyty było. Na szczęście lekarz po to został lekarzem, żeby pacjentów wyręczać. Wstał. Obszedł mnie z każdej strony. Przeczesał mi włosy kilka razy palcami. Ciekawe czego tam szukał. O ile dobrze się orientuje, to wszawica z początkiem XXI wieku przestała być w Polsce problemem. A może było to wiek wcześniej? Mniejsza z tym. Ja na pewno nie mam na głowie istot żywych widocznych gołym okiem. Zajrzał mi w szczękę. Obejrzał zęby. Potem oczy. Może to znachor jakiś jest? Kazał wstać. Wziął jakąś piłeczkę z półki i rzucił w kąt pokoju. Popatrzył na mnie. Ja na niego. On na piłeczkę. Ja na piłeczkę. On na mnie. Ja na niego i piłeczkę. Głupek pomyślałem i poszedłem po piłeczkę. Odłożyłem ją na biurku przed nim. A ten znowu ją chwyta i w kąt rzuca. Nie, tak się bawić nie będę. Poszedłem i położyłem ją na blacie. Chyba moja stanowczość przekonała go, że to nie ma sensu, bo usiadł, a ja wraz z nim i zaczął coś wypisywać na kartce. Wsadził mi ją potem za kołnierz i krzyknął „następny!”. Teraz już byłem pewny, że to jakiś kretyn. Wyszedłem czym prędzej z gabinetu, w drzwiach mijając kolejną starą babę z pieskiem. Wariaci, a nie lekarze! Zezłoszczony stratą czasu i obcowaniem z dziwadłami wsiadłem do tramwaju i udałem się do mojej rezydencji o nazwie kodowej M-0,5. Będąc już prawie pod domem, zauważyłem długą gałąź leżącą na chodniku. Nie myśląc zbyt wiele chwyciłem ją i wszedłem do bloku. Gałąź się zawsze może przydać, zwłaszcza taka ładna jak ta. W domu żona czekała na mój powrót. Moje znalezisko od razu rzuciło jej się w oczy.
– Coś Ty przyniósł? – spytała zdziwiona.
– Gałąź. – odparłem całkowicie szczerze, w końcu była to gałąź. – Nie podoba Ci się? Ładna jest. – oglądałem ją z zadowoleniem. Była to przecież bardzo ładna gałąź.
– Wywal to! – rozkazała żona.
– Nie! Wrr… – zawarczałem na nią.
Popukała się tylko w głowę.
– Jak było u endokrynologa? – spytała.
– A daj spokój… to jakiś idiota. – odpowiedziałem, przypominając sobie jednocześnie o karteczce za kołnierzem. Wyciągnąłem ją.
– Zobacz… – podałem kartkę żonie.
– 100/120 – przeczytała z karteczki. – to Twoje ciśnienie czy co?
– Nie wiem. Nie powiedział. Mówiłem, że ten kynolog to idiota.
– … kynolog? – spytała.
– Kazałaś mi iść do kynologa to poszedłem. A teraz robisz z tego problemy. To on był idiotą, nie ja. Jak jesteś taka mądra to sama tam idź i sprawdź – wiedziałem, że ta odpowiedź zapewni mi wygraną potyczkę słowną i nawet odpowiedź żony – … sam jesteś idiotą, skoro do kynologa poszedłeś – na nic się zdała, bo dyskusja była wygrana. Przeze mnie! – A teraz daj mi pół godziny, bo się już „Rozmowy w toku” zaczynają. – Powiedziałem na zakończenie, żeby przypieczętować moje zwycięstwo. Po tym tekście rozsiadłem się wygodnie przed telewizorem i o kynologu więcej już nie myślałem. W końcu był to idiota.

Dzwonek do drzwi

Razu pewnego, gdy akurat kończyłem myć naczynia, dzwonek do drzwi usłyszałem. Nie lubię tego, bo wiem, że dzwonek do drzwi gdy dzwoni to nic dobrego nie niesie, a jak już niesie to tylko nieproszonych gości, których potem wypraszać muszę i zmusza raz kolejny samemu sobie zadać pytanie, czy w ogóle warto drzwi otwierać? Pogrążony w myślach o istocie gości nieproszonych, usłyszałem dzwonek po raz drugi, nachalnie przypominając mi, że ktoś lub coś jest za drzwiami i nie spocznie, póki się nie przebije przez nie. Wytarłem mokre dłonie w ścierkę do podłogi i poszedłem zerknąć kto się tak dobija. Przybliżyłem oko do judasza, co to go sobie zamiast Jezusa na krzyżu, na drzwiach powiesiłem i już wiedziałem z kim mam do czynienia. No może raczej podejrzewałem, bo stu procentowej pewności nigdy mieć nie można. Jehowy! Tak myśl moja brzmiała, gdybym na głos wypowiedzieć ją miał. Nie otworzyłbym, ale goście za drzwiami prędzej mi dzwonek rozwalą niż odejdą. Trudno, co robić? Otworzyłem.

Przed oczyma stanęło mi dwóch facetów. Jeden młodszy, drugi więc starszy być musiał.
– Dzień dobry, nazywam się Bruno… – zaczął młodszy.
Nawet nie zapamiętałem. Wiem tylko, że jakoś żydowsko mi to zaleciało, więc już słuchać nie chciałem, co ma, więcej do powiedzenia, bo najpewniej tylko kłamstwa z jego ust wyjdą. Drugi się jakąś ksywką przedstawił, jakby z więzienia dopiero co wyszedł, chociaż wygląda miał raczej normalny. Trochę mnie zbili z tropu, bo jednak Jehowy to nie były i nawracać mnie raczej nie chcieli. Ale jak nie Jehowy to kto? Co za faceci chodzą parami i zagadują do nieznajomych? Pedały? Nie. Raczej nie pedały. Nie wyglądali na takich. Po chwili olśniło mnie. Akwizytorzy! Znowu trochę musiałem w moich myślach błądzić, bo nim na powrót do świadomości wróciłem, to zobaczyłem, że młodszy z akwizytorów już jakieś próbki tkanin z teczki zdążył powyjmować, gadając coś przy tym nieustannie. Znudzony przejrzałem to co wyciągnął, ale od razu wiedziałem, że klienta we mnie nie znajdzie. Jakbym chciał materiał na firany, to bym poszedł na jakąś ruchliwą ulicę i od babci z łóżka kupił całą belę. Mówię mu, więc uprzejmie „Nie interesuje mnie to!”, ale ten nie przestaje gadać (w przeciwieństwie do starszego faceta, który milczał wciąż). Tłumaczy mi, że jego ojciec ma sklep, że go posyła po ludziach, bo interes słabo idzie. A czy to mój problem? Trzeba było skończyć zawodówkę i mieć fach w rękach, to by lepiej w życiu było, a nie w firmy się bawić. Zostawiłem to zdanie w swojej głowie, bo nie moją rolą jest uświadamianie nieznajomych. Mój brak zachwytu nad próbkami materiałów odniósł skutek. Widziałem początki zrezygnowania w jego twarzy. Ale nie dał za wygraną. Już po chwili przed oczami miałem słoiki z jakimiś przyprawami, cynamonem chyba. Teraz z kolei chwalił się swoim prywatnym interesem. Sprowadził to nie wiadomo skąd. Pewnie z Chin – pomyślałem. Ale nie będę się wtrącał, przecież sam wie lepiej, a prawdy i tak mi nie powie. W milczeniu wysłuchałem prezentacji do końca i grzecznie powiedziałem „Nie!”. Przyszła, więc pora na drugiego faceta, co to do tej chwili milczał, nie licząc momentu, gdy się przedstawiał. A ten mi wystrzeliwuje z dezynsekcją i paplać coś o karaluchach zaczyna, że już od ósmego roku życia u boku ojca przy tym robi, więc zna się na rzeczy i że na pewno w domu mam karaluchy. Nie, nie mam. Po co miałbym mieć? Żeby się z nimi jedzeniem dzielić? W domu, to ja mam tylko siebie, żonę i psa. Z psem też się jedzeniem nie dzielę. Znudziła mnie już ta wizyta, zwłaszcza, że z zza pleców dobiegły mnie odgłosy mojej ulubionej telenoweli. Powiedziałem panom grzecznie „won!” i drzwi zamknąłem, ale nim trzasnęły to jeszcze kilka razy słowa „karaluchy… karaluchy… karaluchy…” usłyszałem. Obsesję miał jakąś czy co? Ze szpitala uciekł? Z resztą, wszystko jedno mi było, ja leczeniem ludzi się nie zajmuję. Nim przed telewizorem zasiadłem, to jeszcze tylko do kuchni się udałem, żeby z najgłębszego kąta, najwyższej półki, najdalszej szafki wyciągnąć pudełeczko białych pastylek i łyknąć jedną, jak to pan doktor zalecił mi dawno temu.
– Kto to był? – spytała żona.
– Nie pamiętam. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.