Ankieta

Czasem w życiu człowieka nadchodzi taki moment, gdy stwierdza „muszę coś zmienić” i zmienia pracę. Nie inaczej było i w moim przypadku. Niedawny wtorkowy poranek był początkiem właśnie takiego dnia. Wtorkowym wieczorem natomiast, musiałem tłumaczyć administratorom poczty, że wcale nie rozsyłam spamu, że te setki maili jakie dziś z mojego konta wyszły, to tylko CV i listy motywacyjne. Zapytali „motywujące kogo?”. Odpowiedziałem nieśmiało i nieco pytająco „pracodawcę?”. Uwierzyli. Odblokowali konto. Myśl mi przyszła do głowy taka, że wolę poranki od wieczorów. Rano jeszcze wiem, że mogę. Wieczorami już tylko „wiedziałem, że mogłem”, ale to chyba nijak związku z powyższymi czynnościami nie miało, więc dalsze rozważania zepchnąłem w przepaść między półkulami mózgu.

Po paru dniach przyszło to, czego się spodziewałem, czyli zerowy odzew. Dalsze dni przyniosły dalszy brak odzewu. Widocznie spamowanie w tych czasach już nie wystarcza, ale nie załamywałem się, tylko czekałem. Brak odzewu powoli wypełniał pokoju, bałem się, że w końcu dla mnie zabraknie miejsca, ale nie rezygnowałem. Czekałem… i czekałem. Żeby nie przedłużać i nie opisywać jak nużące to było czekanie, to przejdę od razu do tego momentu historii, gdy się już doczekałem. Jedna odpowiedź, jedna nadzieja i jedna ankieta do wypełnienia, by być bliżej spełnienia tej nadziei. Co dziwne przyszła pocztą tradycyjną, w kopercie dużej i na dzień dobry rozcięła mi palec swoim ostrym papierem. Machnę raz dwa te… ile my tu mamy? Trzynaście stron? Yyy… tu wpadłem w lekkie zdziwienie. Na co komu trzynaście stron informacji o mnie. Czy ja się zgłaszałem na stanowisko naczelnego masochisty umysłowego? Nie, akurat tam nie wysyłałem aplikacji. Ale ok, wszystko dobrze… łyk wódeczki i przejdziemy przez to szybko i sprawnie, jak ta wódka przez mój żołądek. Przygotowałem długopisy, zakasałem rękawy. Na miejsca… gotowi… start! I zapaliłem papierosa. Grunt to oczyścić umysł przed wysiłkiem. Im mniej było papierosa w papierosie, tym szybciej rozwiewała się mgła mącąca moje myśli. Pet wylądował w popielniczce. Raz, dwa, trzy… pustkę w głowie masz TY! Tak przygotowany mogłem szczerze (jak zawsze) odpowiedzieć na wszystkie pytania by okazać się kandydatem idealnym.

Imię i nazwisko. Banalne. Data urodzenia? Jeszcze prostsze. I już mamy dwa procent ankiety. Miejsce urodzenia. No oczywiście, że W…, chwila, chwila… „miejsce urodzenia dziadka”. Prawie dałem się nabrać. Prymitywny test na spostrzegawczość. Ale nie ze mną te numery Brunner… tzn. dziadku. Hmm… dziadka w Wehrmachcie? Dziwne myśli i skojarzenia plączą się po głowie. Nieważne. Taka dygresja mała to chyba była. Kolejne pytania i kolejne proste odpowiedzi. Gdzie i kiedy? Co i jak? Początkowo odpowiadam szczerze, jak mi ta gorsza część mnie każe. Gdybym słuchał lepszej, to musiałbym kłamać, bo tak ambitniej, bo tak można coś osiągnąć. Ale gorsza pokazuje, kim naprawdę jestem, jest szczera, nigdy nie oszukuje. Słuchając jej porad już mam 1/4 ankiety za plecami. Dalej jest tylko łatwiej. „Największe marzenie twojego życia?”. Zamykam oczy i widzę tupot stóp, ale nie małych – pingwinich, nie małych – dziecięcych, ale dorosłych, w kamaszach. Tysiące jednakowo ubranych ludzi maszeruje rytmicznie. Wznoszę się w niebo. Widzę jak z tych ludzi formują się strzałki, czarne, grube i ostre. Rozchodzą się w każdą stronę świata, a wszystko, co pozostaje za nimi przyjmuje ten sam kolor, aż w końcu wszystkie lądy kuli ziemskiej mają tą samą barwę, nie ma już granic, wszystko jest jednym państwem, z jednym przywódcą i jednym narodem. I znowu jestem na ziemi. Widzę ludzi padających na kolana, widzę ludzi skandujących moje imię, widzę ludzi rzucających kwiatami we mnie, w moje pomniki. Otwieram oczy i w pole „największe marzenie” wpisuję „wakacje w Egipcie”. Tak bezpieczniej – szepnęła ta lepsza strona mnie. Liczba dzieci? Już długopis kulkę do cyfry „jeden” przyłożył, gdy znów szepty się pojawiły „zaznacz dwoje”, zmuszające mnie do kłamstwa. Czemu dwoje? A co jeśli paczki z pomarańczami będą rozdawać? Co dwie to nie jedna, ale zrobisz jak uważasz, tylko żebyś potem nie żałował, że inni mają, a ty nie. Niekłamiąca część świadomości leżała gdzieś zakneblowana, bo ani pisnęła. Zaznaczam „dwa”… „dwoje”? Pasożyty, więc „dwa”. Ale może potem z ich podatków na moje konto emeryta coś wpadnie, więc nie z miłości do dzieci, ale do ich pieniędzy „dwoje” zamiast „dwa” zaznaczyłem. Pytanie o języki? Skreślam pięć. Oui, je parle norske og svenska y españoles and english too. Zdziwieni? Ja też. Ale kto sam siebie nie zadziwia, ten jest trupem i basta. Pora na cukier puder. Wdech. Słodycz rozchodzi się we krwi. Rozpędzam się. Kolejne strony, kolejne pytania, a ja idę jak burza. Spróbuję na dwie ręce, czy dwie dłonie może? Na dwa długopisy. Tu iksy, tam zwięzłe zdania, każda odpowiedź przybliża do celu. Strzelam iksami niczym z karabinu. Nawet pytań już nie czytam, tylko zaznaczam i skreślam, pole za polem, pytanie za pytaniem. Skreślam, podkreślam i wykreślam wszystko gdzie się da. Iks. Iks Igrek. Zet. Nic mnie nie zatrzyma! STÓJ! – Krzyczy mózg… nim go usłyszałem, jeszcze kilka razy iksami w kartkę strzeliłem. CO ZROBIŁEŚ? – Pyta głośno mózg. Puszczam parę. Zwalniam. Nie jestem lokomotywą, nie jestem lokomotywą – powtarzam chyba na głos, ale nikt nie słyszy. Już wiem, o co chodzi. Pytanie o nałogi i trzy pola do wyboru. Każde dostało iksem. Papierosy, alkohol i narkotyki. Zsuwam łokciem w kierunku szuflady woreczek strunowy z cukrem pudrem. Jakie narkotyki? Opróżniam popielniczkę na podłogę. Ja i papierosy? W życiu! Butelki po wódce nawet opróżniać się muszę, bo od dawna leży pusta pod biurkiem i smutno turla się czasem. Dopisujemy z boczku i w nawiasie „(praca jest moim narkotykiem, alkoholem i papierosem)”. Sprawa załatwiona. Powinienem dodać, że po mistrzowsku. Z radości bym zaklaskał, ale nie potrafię trafić dłońmi w siebie. Z długopisem idzie mi nieco lepiej, chociaż charakter pisma zmienił mi się, jak absolwentowi medycyny. Energia z cukru mija, a ja kończę odpowiadać na bzdurne pytania. Chęci minęły. Teraz już nie ankieta mnie pyta, ale sam ja siebie, znowu gorszą częścią. Skąd wiem? Bo szczerze pyta. Po co to wszystko? I tak będzie ktoś lepszy, ktoś prawdziwszy, ktoś kto zna bułgarski i estoński i ma dyplom z wózków widłowych na Oxfordzie zrobiony. Cała słodycz płynąca w żyłach gdzieś wsiąkła i już nie napędza ciała radością, już nie motywuje lepszym jutrem. Ankieta już nie jest przepustką do lepszego świata. Jest tylko papierem toaletowym, tak niezbędnym człowiekowi, ale jednak do dupy, który i tak żywot zasrany skończy w kiblu spłukany do rzeki. Z nią do morza, a potem na oceany wypłynie i tylko prądami niesiony, dotrze gdzieś, gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek. Dotrze tam, jako ambasador ludzkiej cywilizacji. Kawałek makulatury umazany odchodami. Nasz reprezentant na skraju świata. To ma sens! Źrenice rozszerzają się. Resztkami sił fizycznych, ale pełny chęci umysłowych podpisuję ankietę pomimo tego całego pozornego bezsensu. Utaczam kilka kropel krwi z rany wyrządzonej mi przez kartki i stempluję odcisk palca, jakbym pakt z diabłem podpisywał. Pakuję w kopertę zwrotną, dołączoną do zestawu i biegnę wrzucić do skrzynki, co to pod domem mi stoi. Podobno nadzieja umiera ostatnia, a ja jeszcze smrodu jej rozkładu nie poczułem. To dobry znak.

Reklamy