Bo sukces „lajkami” się mierzy…

Szedłem ulicą, a konkretniej chodnikiem wzdłuż tej ulicy. Nie jestem jakimś ćpunem, żeby iść środkiem ulicy. Słońce świeciło, ciepło człowiekowi było, więc to normalne, że za jakimś napojem orzeźwiającym zaczął się rozglądać. Zamiast napoju spostrzegłem tłumek ludzi. Wiem, że ludzie gromadzą się w mniejsze lub większe tłumy z trzech powodów. Kogoś przejechało albo dają coś za darmo lub ostatecznie protestują przeciwko czemuś. Dawniej gromadzili lub ściślej mówiąc „gromadzono ich” jeszcze z innego powodu, ale te czasy już minęły. Jak powiedziałem był to „tłumek”, czyli ludzi jeszcze niewiele, więc raczej nie protest. Jest, więc szansa na gratisowe „coś” albo chociaż na mentalną fotkę jakichś zwłok. Podejdę.

Instynkt łowcy gratisów nie zawiódł mnie. Przed oczyma widzę stolik z butelkami pełnymi zielonego napoju. Zerkam na ludzi. Piją ten napój. Ale czy ja też mogę? Stolik stoi kilka metrów za wejściem do budynku. Budynek niby użyteczności publicznej, ale bilet wstępu mieć wypada. Ja nie mam i nie zamierzam kupować. Zerkam na ludzi raz jeszcze, bo twarze ich jakieś znajome mi się wydają. Tak, znamy ich – mówią moje gałki oczne. „Znam ich” – mówi mój mózg. Oni nie znają mnie. Raczej nie znają. W końcu nigdy nie wiadomo, kto cię czyta. Zatem kolejna analiza w głowie się odbywa. Skoro są tu tak znani ludzie i korzystają z różnych gratisów, to może ja też się pod to podłączę? A czemu nie? Zrobię to.

Podłączyłem się. O dziwo nikt mnie nie zapytał o bilet. Nikt mnie nie zapytał, po co mi trzy butelki napoju. Nikt mnie o nic nie zapytał. W ogóle o nic. Nikt mnie nie zna. Smutne. Ciekawe czy tak samo myślał pewien człowiek przed wsadzeniem sobie słoika w tylną część ciała? A co ty jesteś gotów zrobić dla sławy? Dzisiejszy świat jest brutalny. Jeśli nie pęknie ci słoik w dupie, to jesteś nikim. Siedzę, więc w tym budynku użyteczności publicznej. Kończę już drugą butelkę napoju gratisowego. Jestem niepokojony kompletnie przez nikogo, ale zauważam, że coś, co było przerwą obiadową w tym wydarzaniu, a w trakcie czego, ja wtargnąłem do obcego mi świata, powoli się kończy. Wszyscy znani, nieznani i kompletnie nieznani (jak ja) ludzie schodzą się i zajmują miejsce na sali. Schodzę się razem z nimi. Wmieszany w tłum uniknę rozpoznania. Rozpoznania, że nie da się mnie rozpoznać. Nieznany w stu procentach. Gall Anonim. Siadam gdzieś na końcu, by w razie czego móc uciec. Nigdy nie wiesz, gdy ktoś z mikrofonem zaskoczy cię i poprosi o komentarz w sprawie. Jakiej sprawie? To nieistotne. Komentuj. No już, szybciej. Głupiej! Światła gasną. Konferencja się zaczyna, a raczej zaczyna się jej kontynuacja. Za bardzo nie wiem, o czym i po co, ale sądząc po zebranych osobach, to pewnie coś o internecie. Lubię to.

Na scenę wchodzi dwóch mężczyzn, jedna kobieta i jeden grubas, a ja już wiem, że będzie nudno. Nie znam ich. Darmowe napoje mają jednak swoją cenę. Mijają minuty. Pierwsza myśl była taka, że może warto posłuchać. Druga myśl była taka, że jednak nie warto. Trzecia uświadomiła, że ja, w ostatnim rzędzie, gdzieś w cieniu cienia i ci na scenie, w świetle reflektorów, żyjemy w zupełnie różnych światach. Możemy się minąć na ulicy, otrzeć ubraniami, ale co z tego? Oni nie zauważą mnie. A ja nie chcę zauważać ich. Czuję, że więcej wspólnego miałbym z operatorem koparki z RPA niż z nimi. Powoli narasta we mnie złość, bo orientuję się, że te osoby mówią mi jak żyć, jak odnieść sukces, jak oni odnieśli tzw. sukces. Tłumaczą się i przekonują. Wszyscy muszą w nich widzieć ludzi sukcesu. Dobrze, niech mówią. Dam im szansę. Ale czemu człowiek, który o tym opowiada, musi być jednocześnie obleśnym studwudziestokilowym grubasem? Z miejsca nie ufam grubym ludziom. I nie mówię tu o matkach, które urodziły dziecko. Ciężko jest schudnąć, gdy potrzeba doby trwającej minimum trzydzieści godzin, a w magazynie zostały same dwunastogodzinne. Nie mówię o ludziach, których stać tylko na mortadelę za osiem złotych kilogram i na inne gówniane żarcie, które może żołądek zasyci, ale raka też wyhoduje. Rak gratisowo. Za ten gratis potem zapłacisz. Życiem. Nie mówię o tych, którzy uwierzyli, że kredyt wzięty na pół wieku to jedyne wyjście i teraz na dwa etaty muszą pracować i nawet czasu na dziesięć minut sportu nie ma, bo i na zdrowy sen nie ma, to jak ma być czas na sport? Ale grubas, który tak dobrze zarabia, mówi o swoim sukcesie i poucza innych, a dalej jest sapiącym grubasem, co to ledwo jest w stanie z fotela wstać, nigdy nie sprawi, że mu zaufam. Mogę się jedynie z niego śmiać. Wiem, że nie byłby w stanie przebiec pięćdziesięciu metrów, nie zrobiłby ani jednego przysiadu, ani jednej pompki. Zdechłby próbując zrobić, chociaż jedno ćwiczenie, ale nie zdechnie, bo on nie musi ćwiczyć. Bo z jakiegoś powodu ludzie mu uwierzyli i grubas już nie musi nic robić, poza sprzedawaniem swoich mądrości, których nikt nie potrzebuje. Dziwne, że pięć razy powtarza jakąś formułkę o dziewczynie zdejmującej majtki, jako o niewłaściwym sposobie zrobienia kariery w internecie. Ludzie się śmieją, ale moim zdaniem dobór słów nie jest przypadkowy. Raz można tak powiedzieć, ale pięć? Co siedzi w jego chorej głowie? W jego chorym ciele? Domyślam się, że jemu podobni w pewien słoneczny dzień roku około 1990 zaczęli upierdalać nasze miasta reklamami, szczycąc się tym i żrąc kiełbasę. Potem upierdolili wsie billboardami, banerami i słupami z informacjami, których nikt nie potrzebuje, jedli przy tym łososie, a ich grube ciała śmiały się głośno. W końcu reklamami zostały upierdolone góry i morze i jeziora i lasy, a sushi z łososiem i z kiełbasą, kotłowało się w ich żołądkach w rytm jeszcze głośniejszego śmiechu. Patrzę na ścianę za nim. Wyświetlają jego sympatyczną, uśmiechniętą twarz. Taką twarz pokazuje w internecie. Tak siebie widzi. Patrzę na jego twarz, w niczym tej wyświetlanej nie przypomina. Mam nadzieję, że kiedyś to, co ma w głowie, pośle impuls do wszystkich organów ciała. Impuls z treścią „kapitulacja”, a wszystkie organy wywieszą jednocześnie białą flagę i ciało grubasa upadnie. Jego tłusta morda uderzy z potężną siłą o betonowy chodnik. Z tłustych ust wyleci ślina zmieszaną z krwią, a przechodnie obok będą mijać to, co jeszcze przed chwilą było nim i patrzeć z małym uśmiechem. Uśmiechem wyższości. Ktoś mógłby sprzedać mu pomysł na świetny interes o nazwie ”Zainwestuj w swoje ciało. To się opłaca.” Ale ścierwo leżące na ulicy, już tego pomysłu nie kupi, bo jest tylko ścierwem i mocy nabywczej nie posiada. Słucham jak radzi innym, narzekającym na złe warunki w Polsce, aby otwierali firmy w Anglii albo na Cyprze, bo przecież mogą. Proste jak pstryknięcie palcem. A może zmienimy system w Polsce i zamiast w Anglii każdy będzie mógł bezproblemowo otworzyć firmę tutaj? Nie, koledzy grubasa nie pozwolą. Dobrze wiedzą, że by na tym stracili. Grubas wyznaje zasadę, że jak na miejscu ci źle, to wyjedź… „na zmywak” – dodaje. Grubasowi tu dobrze, nie musi wyjeżdżać. Grubasowi tu dobrze, w końcu od biedy by nie przytył. Grubas radzi „zrób eksperyment… wypij wino ze swojego rocznika…”. Ja mam lepszą radę. Kup wino za 7,99. Zrób tulipana. Jeden tulipan dla jednego grubasa. Żartuję. Jemu nie potrzeba kwiatów. On się zabija sam. Szybciej niż normalny człowiek. Widzę jak leży martwy na chodniku. Otwieram oczy. Nie leży. Wciąż mówi. Wciąż denerwuje. Ale już niedługo. Sam pozbędzie się z tego świata. Uśmiecha mnie ta myśl. Czy nie lubię ludzi? Tak, ale tylko niektórych.

Inni mówcy nie są lepsi, mimo, że ich pasją nie jest kolekcjonowanie tłuszczu. Młoda kobieta opowiada, jak to organizuje spotkania dla innych kobiet. Wszyscy mile widziani. Wszyscy, ale tylko tacy… takie, które coś mogą. Jasne, każdy sam ustala zasady swojego klubu, ale znowu mam wrażenie, że ktoś kłamie i to nie jestem ja. Czemu nie powie otwarcie, że do jej klubu mają wstęp tylko kobiety z pieniędzmi, ze znajomościami i te, które mogą coś załatwić? Pani Jadzia, co potrafi w dwie sekundy nanizać każdą igłę na nitkę jest za słabą zawodniczką. A może też by chciała do ludzi… porozmawiać, poznać kogoś, by potem ktoś jej ciekawszą pracę załatwił? Jakąkolwiek pracę. Pani Jadzia nie ma niestety własnej firmy, ani w Polsce, ani w Anglii i nie sprzedaje malowanych plakatówkami drewnianych pudełek po sto pięćdziesiąt złotych sztuka pod szyldem „Ultra Hand Made Deluxe Boxes” i się nie liczy w tym świecie. Usta młodej kobiety zaczynają pluć „kejsami” o „kołczingu” i innymi swojsko brzmiącymi słowami. Coś teleportowało mnie z Polski. Czemu tylko tak szaro wkoło? To czyściec? Uszy tracą słuch.

Gdy mikrofon przechodzi do kolejnych rąk, staje się cud i słyszę na nowo. To nie czyściec, to piekło. Facet mówi, że sprzedał wszystko, poza kilkoma rzeczami i wyjechał spontanicznie na plażę, jedną z europejskich wysp. Fantastycznie! Już w myślach kalkuluję ile wezmę za starą szafę, ile za korniki, ile za karaluchy. Wychodzi niewiele, więc do rachunku dorzucam jeszcze matkę. Matki teraz w cenie. Wciąż za mało na „Kanary”, ale na Wolin wystarczy. Tylko nie mając nic, możesz czuć się wolnym i mieć wszystko. Pewnie słońce mocno tam grzało, bo jakoś szybko powrócił do chęci posiadania, o czym już nie wspomniał. Teraz rozumiem bezdomnych Polaków na ulicach Londynu. Oni realizowali tę samą fantazję. Realizowali i realizują dalej, aż osiągną zen albo katharsis albo zgon. Wybór należy do ciebie. Minister zdrowia ostrzega i doradza. Wybierz zgon. Potem padają może nieco mądrzejsze słowa, ale to już nieistotne. Wiem wszystko, co chciałem wiedzieć. Mamy system kastowy. Wesołe minus dwa.

Koniec części nudnej i dołującej. Może w końcu będzie interesująco? Wystąpią ludzie znani z tego, że się ich subskrybuje, a potem słucha, co mają do powiedzenia. Zbyt często nie mają nic. Dalej jest nudno, ale przynajmniej nie denerwująco. I tak nie znam połowy gości. Może jakbym znał, oglądał, słuchał wszystkich to bym coś z tego wyniósł. Ktoś siada w moim rzędzie. Mimo ciemności, uznaję, że bezpieczniej będzie jak schowam penisa z powrotem do spodni. Tak sobie myślę, że w przeciwieństwie do nich, to ja nie mógłbym tak mówić do kamery, a potem rzucać tego na pożarcie widzom. Nie zniósłbym myśli, że jakiś pedał wali konia przy moim filmie. Ludzie są chorzy. Wierzę, że gdy muszą czytać, to nie mogą się skupić na onanizmie. Czuję się bezpieczniej. Część minimalnie ciekawsza, część i tak zbędna, powoli dobiega końca. Losowanie nagród, dla tych, co wypełnili jakieś ankiety. Losowanie? Nagród? Gdybym wiedział, to bym też sprzedał swoje dane, duszę, czy czego tam wymagają, byle mieć szansę na wygranie… nawet nie wiem, co jest nagrodą? Ale wygrać – miła rzecz. Pierwszy los. Prowadzący czyta nazwisko. Nie ma? Jak nie ma, to losujemy dalej. Drugi los i też nie ma. Trzeci los. Dalej nie ma. Jestem! Krzyczy ten, co się nie tak dawno dosiadł do mojego rzędu. Jestem! Jestem! I idzie po nagrodę. A ja sobie myślę, że on to wcale nie on. Nikt jego personaliów nie sprawdzał, a on podejrzanie długo czekał z tym swoim „jestem!”. Równie dobrze, to ja mogłem krzyknąć i ciekawe, co by wtedy zrobił? Ale ja to tak mam, że zawsze drugi, zawsze piąty, zawsze sześćdziesiąty. Bycie pierwszym mi nie wychodzi. A niech się udławi. Złodziej jeden. Wychodzę. Humor zepsuty. Jeszcze tylko wezmę sześć butelek gratisowego napoju, bo za tą złość, za ten bezsensownie spędzony czas, za zasianie kolejnego ziarna nienawiści gdzieś w moim jelicie, to mi się należy. Wziąłbym zgrzewkę, ale nie mam przy sobie torby. Na ścianie widzę informację, że bilety wstępu dla gości bez zaproszeń były po 25 złotych. Mi udało się wejść za darmo. Gdybym zapłacił, to bym teraz przekręcał grubasa na drugi bok, żeby równo się opiekł. Cieszę się, że nie zapłaciłem.