Cyganie? A może to Hiszpanie!

Rzecz działa się lat temu już kilka, ale szperając po „internetach” wiedza do mojej głowy weszła, że to nie był przypadek jednostkowy i wiem też, że to się dzieje cały czas. Wszędzie. Kryzys? Zapytacie. Wymieranie gatunków? Odchodzący w zapomnienie efekt cieplarniany? Czy może już całkiem zapomniana dziura ozonowa? To może, chociaż wyprzedaż majątku narodowego? Gdzieżby tam ja, maluczki, miałbym być świadkiem tak istotnych momentów dziejowych jak te tu wyżej wspomniane. Nic z tych rzeczy. Pamiętam dobrze, że akurat wtedy z oczami coś przez chwilę miałem i słabości wzroku doznałem, stąd też pomyślałem, że przez ulicę, przez tory tramwajowe i znowu przez ulicę trzy szczury przebiegają. Gdy wzrok mi się już poprawił, to zdumiałem się ogromnie, bowiem to nie szczury, a ludzie byli. Mali tacy co prawda, ale od szczurów znacznie więksi. Coś jak Hiszpanie (nie umniejszając nacji żadnej, jedynie się statystykami posiłkując to stwierdzam), ale jednak nie Hiszpanie. Z resztą znajdź w kwietniu Hiszpana, co to się turystycznie zapędził za daleko nieco. Peruwiańczyk z zespołem to i owszem, tysiące kilometrów przemierzy, by być w Polsce, ale Hiszpan ma gdzie pojechać i marznąć przy tym nie musi. Zakończmy jednak te, do niczego prowadzące, głowienie się nad tym, gdzie Kastylijczycy i Baskowie na wakacje jeżdżą, a skupmy się na tych szczurach… ludziach. Ukrywać nie będę, że zaciekawiło mnie, dokąd ta gromadka płciowo mieszana tak biegnie, nielegalnie przecinając szlaki komunikacyjne ludzi w większości normalnych. A że ich trasa zbiegła się z kierunkiem, w którym i ja zmierzałem, to nic nie stało na przeszkodzie, by się dowiedzieć, dokąd i po co tak radośnie bieżą. Sto, może dwieście metrów dalej budynek poczty wyrastał. Wieżowiec prawdziwy. To znaczy, poczta malutka, ale nad nią góruje blok mieszkalny z wielkiej płyty, zielony, piękny. „Obuocz” na blok spojrzałem, wzdąłem policzki jak banie i… się wyrzygałem. Oczywiście nie dosłownie, lecz umysłowo, myślami, w głąb mózgu. Stwierdzając zwyczajnie, że mi się to nie podoba. Nie lubię, ale co ja mogę? Nic. Bloków w kamienice nie zamienię. A kamienice i tak kiedyś odbiorą, więc może to i lepiej, że jednak bloki mamy? Kara za myślenie. Nie myśl. Rób. Coś. Patrzę więc oczami, jak to ludzie mają w zwyczaju. Za budynkiem wysokim, stoi kontener, pojemnik, śmietnik czasem, na ubrania używane. Zamykany klapą taką, żeby nikt nie wpadł do środka, a jak wpadnie, to żeby sam wyjść nie mógł. Ubrania niby dla biednych. Biedni ich na oczy pewnie nie widzieli. Biedni pewnie oczu nie mają. Ja mam. Obserwuję. Ludzie podbiegają do pojemnika. Dziecko, nastolatka, trzydziestolatka… z daleka ciężko dostrzec wiek. Wskakuje na górę. Mężczyzna, chłopiec, nastolatek popycha rurę i następuje zrzut mięsa żywego we wnętrze pojemnika. Odgłosy trawienia z wnętrza dochodzą. Pojemnikowi jednak mięso nie w smak i zaczyna rzygać. Ubraniami. Chłopco-mężczyzna otwiera i zamyka jego jamę gębową, a ubrania nie przestają wypływać. Swetry, buty, głównie w pojedynczej liczbie, dziurawe kurtki i śmierdzące gacie. Resztki kurczaka i martwe gołębie wypadają. Jedno po drugim. Na koniec wypada trawiona dziewczynko-kobieta w stanie nienaruszonym. Zabierają resztki, które pojemnik wypluł i odchodzą. Będą to jeść? Będą to nosić? Będą to sprzedawać? Nie wiem. Pytam. Siebie. Was. Co się robi z takimi rzeczami? Oczy bolą. Słyszę głosy. Ich głosy. To nie hiszpański. Dziwny język jakiś, brzmi bowiem jak brzęk monet w tekturowym kubeczku, jak cudowne ozdrowienia po dziesięciu godzinach na wózku inwalidzkim, jak tarcie kart w talii, gdy przyszłość i zawartość portfela wróżyć mają. Myśl mam jedną. To nie Hiszpanie…, nie Węgrzy i nie Słowacy, nie Holendrzy i nie Turcy i nie szczury, a Cyganie, których podobno nam brak. Złote łańcuchy, które powinny zwisać z ich szyj mnie zmyliły, bo nie zwisały, bo w ogóle ich nie było. Ale już dobrze, zagadka rozwiązana. Myśleć dalej nie muszę. Teraz przyszło robić coś. Miotła w dłoń. Nocną zmianę czas zacząć. Chodnik sam się nie wyczyści.

Zbuduj dom

Gdy widzicie cygańską żebraczkę w tramwaju to dajecie jej drobne, czy przeganiacie prostacko? A może nic nie robicie? Miesięcy kilka wstecz usłyszałem w tramwaju, jak harcerz mówi do żebraczki „żryj gruz Cyganie”. Nieładnie pomyślałem. Ja zawsze daję 2 zł. Ani mniej, ani więcej. Dlaczego spytacie? Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy przyjrzeć się świni. Tak. Właśnie świni.

Świnia mieszka w chlewie albo oborze albo gdzie tam jeszcze lubi mieszkać i je. Całe dnie je. A jak już się ją utuczy, to idzie pod nóż. Co by było gdyby świnia nie jadła albo jadła wolniej? Trzymalibyśmy ją w oborze albo chlewie dłużej i nie byłoby miejsca dla innych zwierząt. Ta krótka przypowieść niesie uniwersalne przesłanie. Jeszcze nie wiecie o co chodzi? Już wyjaśniam. Pomyślmy, że taki Cygan to świnia. Z telewizji wiemy, że Cyganie nie zbierają na mleko dla dzieci (bo ich dzieci piją coca-colę), a na domy w Rumunii. Niestety Cyganie, którzy trafili do Polski mają pecha, bo mogą liczyć tylko na datki w złotówkach, a nie w euro jak ich francuscy czy niemieccy bracia. Przechodząc do sedna i skracając opis do meritum. Cygan zbiera na dom. Im szybciej Cygan na ten dom uzbiera, tym szybciej wyjedzie. Gdy mijasz obojętnie Cygana, nie wrzucając nic do jego pustego kubeczka po kawie, to tak naprawdę dajesz mu zaproszenie. Mówisz mu w ten sposób, że jest tu mile widziany, dajesz znak, że jego obecność sprawia Ci przyjemność. Natomiast gdy wrzucisz te 2 złote, to tak jakbyś powiedział „won” do tego człowieka. Dlatego chciałbym, aby wszyscy świadomi ludzie przyłączyli się do akcji „Zbuduj dom dla Cygana”, a wtedy będzie więcej miejsca dla nas, Polaków.