Od trzech do pięciu

Jakiś głos mówi mi „nie jedź”. Nie słucham. Wchodzę do windy. Nie będę szedł po schodach, tylko dlatego, że coś w mojej głowie tak chce. Skąd mam wiedzieć, że to coś podstępnie nie chce doprowadzić mnie do zawału między szóstym, a siódmym piętrem? Jestem w windzie. „Nie jedź, urwie się!”. Wciskam guzik. Nauczyłem się ignorować ten głos. Zbyt wiele razy powtarzał „nie jedź, urwie się”. Spaść z urwaną windą, to jak wygrać w totka. Czemu by mnie miało to szczęście spotkać? To tak mało prawdopodobne. Winda rusza.

Przypomina mi się sen, który mam co jakiś czas. Wsiadam w nim do windy, ta jedzie w górę, ale coraz wolniej, coraz ciężej pracują silniki, aż w końcu staje i miota się to w górę, to w dół, jakby jeszcze resztkami sił chciała dojechać do wskazanego piętra, ale już wie, że nie da rady i nagle zaczyna spadać. Leci w dół niczym Ikar, a ja budzę się nim podłoga razem ze mną roztrzaska się poniżej parteru, a moje ciało zgniecie spadający za nią sufit i ciężkie liny. Spoglądam na tabliczkę znamionową, co to ją ktoś umieścił w samym rogu, wspaniałomyślnie, dzięki czemu nie została zamalowana kolejnym wizerunkiem penisa, markera jakiegoś niespełnionego artysty, o którym świat nie słyszał i nie usłyszy. Czytam „model Dedal…” jak na złość, chociaż tak naprawdę nie jestem zły, ale nie powiem, ulżyło mi. „Lepiej dolecieć z Dedalem niż spaść z Ikarem” mówię sobie pod nosem i sam się uśmiecham, z powodu hasła reklamowego, które tak przypadkiem wymyśliłem. Gdyby tylko były linie lotnicze o takiej nazwie to już bym je im wcisnął, a za zarobione pieniądze pojechał do Złotych Piasków. Ale nie ma takich linii, nie ma zarobionych pieniędzy i nie będzie Złotych Piasków. Zgrzyt. Winda staje, ale nie tam gdzie powinna. Mam się bać? Jeszcze nie. Póki stoi, to nie spada. Strach pojawi się jak zacznę lecieć. Wiem, że są hamulce bezpieczeństwa i pewnie inne zabezpieczenia, ale wiem też, że robotnicy montujący tą windę lubili się napić w czasie pracy. Może te hamulce leżą teraz na kupie surowców wtórnych? Mała metalowa puszka, która mnie zgniecie. Upadek tak ważny, jak „Upadek Ikara”. Będę w każdych wiadomościach przez trzy do pięciu minut. Jutro zapomną. Lecz wcześniej ktoś postawi znicz pod windą, ktoś inny maskotkę. Po co mi znicz i maskotka, skoro jestem rozsmarowany na kilku metrach kwadratowych. Ktoś zeskrobie moje resztki ze ścian szybu, ktoś inny ukradnie portfel z rozgniecionych spodni, który cudem się nie rozgniótł, weźmie moje karty bankomatowe i opróżni konta, a potem na mój dowód weźmie kredyt, bo przecież nikt nie sprawdzi czy on to ja, może nawet bank zadzwoni, ale mój zmiażdżony telefon nie złapie sygnału… chorą fantazje przerywa głos „Hey, Hey, I saved the world today…”. Boże, to Ty? Rzucam pytaniem w przestrzeń. Uratowałeś mnie? Trzymasz windę? Tylko, czemu mówisz do mnie po angielsku? Czemu masz damski głos i czemu pochodzi on z mojej kieszeni? To nie Bóg, ani nawet bóg. To telefon. Odbieram. Po chwili żałuję, że odebrałem. Nie, nie mam chwili czasu na odpowiedź na pytania, nie będę wypełniał telefonicznej ankiety, bo jestem bardzo zajęty. Bardzo! Rozłączam się. Ktoś by powiedział, że to niegrzeczne, że przecież nic nie robię, tylko stoję w stojącej windzie. Po pierwsze to stoję, bo nie mogę usiąść, bo na podłodze jest coś, co najprawdopodobniej jest kałużą moczu, a po drugie to nie „nic nie robię” tylko walczę o przetrwanie. O życie. Moje. Siedzę w blaszanej puszce z fiutem na ścianie (nie moim, narysowanym) i moczem na podłodze (nie moim, zastanym). Możecie mi mówić „Major Tom”. Albo nie, bo ja w przeciwieństwie do niego mogę coś zrobić, a stąd ziemia wcale nie jest niebieska, (co prawda jej teraz nie widzę, ale wiem). Jest czarna, jak odchody z dużą domieszką krwi. Zabawne. Mogę coś zrobić i robię. Oczywiście nie z kolorem ziemi tylko z moją sytuacją. Dzwonię na numer podany na tabliczce. Gdy za trzecim razem ktoś odbiera, to od razu ma dobrą wiadomość. Uratują mnie. Za trzy do pięciu godzin. Były jakieś skoki napięcia w okolicy i podobno nie jeden „Dedal” nie dojechał. Pocieszają, że gdyby to był model „Ikar” to już bym był na parterze. Zgnieciony. Nie jestem w stanie stać tak długo. Osuwam się na podłogę, jak najdalej od tej dziwnej cieczy, ale to trudne. Ciecz zawłaszczyła spory fragment i chyba ma ochotę na więcej. Mijają minuty. Odgłosy wirnika, co to ma mi powietrze dawać, bym się nie udusił w tej chińskiej celi, usypiają mnie. Śnię o tym, że jadę windą. Te sam sen. Ten sam koszmar. Winda spada, budzę się nim się rozbije. Winda spada. To już nie jest sen. Krzyczę. Krzyczę głośniej. Chwila namysłu. Nie, jednak zjeżdża. By dodać dramatyzmu, jeszcze chwilę pokrzyczę. Jestem uratowany. Radość zaczyna panować w moim mózgu i nawet nie zauważam, że gdy zasnąłem to osunąłem się twarzą w te szczyny. Mam nadzieję, że zrobił to jakiś pies, a nie menel. Przypomina mi się jak zginąłem parę razy we śnie. Czy to postrzał, czy to nóż, zawsze od rany rozchodziło się takie przyjemne ciepło. Na filmach mówią, że robi się zimno. A mi jakoś na odwrót. Komu wierzyć? Snom, czy fabryce snów? Parter. Drzwi się otwierają. Zamiast kwiatów i radosnych okrzyków, dwóch spoconych robotników. Dziękuję im za uratowanie mi życia. Ciekawe czy słyszeli jak krzyczę? Mówią, że już winda już działa sprawnie i mogę jechać w górę, a ja mówię, że tym razem wybiorę schody, bo jakoś chwilowo straciłem zaufanie do maszyn. Żeby tylko tego mój komputer nie usłyszał, bo mnie popieści prądem. Niby przypadkiem. Maszyny takie są. Nie dość, że złośliwe to jeszcze w zmowie. Pewnego dnia staną wszystkie windy, zgasną wszystkie latarnie, a wszystkie reaktory stopią rdzenie. I żaden komputer nie powiadomi o tym człowieka. Ludzie będą żarli do samego końca napromieniowane mikrofalami zupki w proszku. Zapamiętajcie. Maszyny takie są. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Wybrałem schody, „wybrałem życie”. Mijam jeszcze kobietę, co to właśnie do bloku weszła i zaraz wybierze windę. Jeśli ma szczęście to wybierze ją na kilka godzin. Widzę, że w reklamówce ma czerwony znicz i pluszaka. Wiem, że tym razem to nie dla mnie. Ja wybrałem życie. Ktoś inny, dla kogo ten znicz i pluszak są przeznaczone, może też wybrał życie. Miał tylko pecha spotkać się z kimś, kto wybrał śmierć. Wiecie, gdy spotkają się dwie osoby, jedna chcąca żyć, druga pędząca w stronę śmierci, to plus z minusem zawsze daje minus. Dwa minusy. Zwłaszcza jak ta pędząca w stronę życia po życiu, (którego nie ma), siedzi za kółkiem kilkusetkilogramowego samochodu, a ta druga siedzi na sześciokilogramowym rowerze. Dwa minusy, inaczej być nie może. Idę po schodach. Pierwsze piętro. Drugie. Trzecie. Czwarte. Piąte. Szóste. Ukłucie w sercu. Boli. Dalej szóste. Boli bardziej. Siadam na podłodze. Wciąż jest to szóste piętro. W moim ciele rozchodzi się ciepło. Nie jest przyjemne. Sny kłamały. Fabryka snów też.

Reklamy