Tylko gołych bab brak

Jadę tramwajem. Znowu. Na pośladku czuję czyjąś dłoń. Dziwne uczucie. Adam? – pytam się w myślach, a moja głowa odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni, zupełnie jak w „Egzorcyście”. Nie, to nie Adam. To jakaś babcia z wózkiem. Przeprasza. Ale co sobie pomacała, to już jej i nikt jej tego nie odbierze. Zawsze to i tak lepiej, niż miałby to być Adam. Powtórzę „… ciekawie żyj”. A tu w kółko te tramwaje i autobusy i znowu tramwaje, czasem metro, na taksówki brak. Tu za rzadko coś ciekawego wydarzyć się może. Dom. Okno. Podchodzę i patrzę przez nie. Nic ciekawego. Nawet gołej baby na balkonie, w którymś z bloków po horyzont, nie uświadczysz. Nuda. Pustka. Oczna pustka. Egzystencjalna pustka. Łokieć. Parapet. Patrzę dalej. Ale poza horyzont wzrokiem nie przejdę. Myślami może prędzej, ale to już w fikcję wejść bym musiał, a tego wolę uniknąć. W środkach komunikacji więcej się działo. Dawniej. Jechałem kiedyś autobusem, a z tyłu siedział Christian Bale. Śmiał się. Rozmawiał. Nie rozumiałem, o czym. Może, dlatego, że po angielsku, a może, dlatego, że po drugiej stronie autobusu byłem? Ja wysiadłem on pojechał dalej. Może to nawet nie był on. Ale taki podobny. Tylko, że on raczej autobusami nie jeździ. Zwłaszcza polskimi. Ale przez dziesięć minut przynajmniej coś się działo. W mojej głowie. Inny czas, inne miejsce – stołówka. Wchodzę. Spotykam kolegę. Wskazuje mi róg sali i mówi, że siedzi tam De Niro. Faktycznie. Siedzi, rozmawia i śmieje się. Wygląda młodziej niż w teraźniejszych filmach. Raczej jak w „Cześć Mamo!”, niż we „Wściekłym Byku”. Ja też zaczynam się śmiać. Połączenia między komórkami puszczają. Jedno po drugim. Śmiech rozsadza moje ciało. Ale warto było. Po chwili wszystko znowu się zrasta. Ciało jest ciałem na nowo, a nie tylko zlepkiem komórek bez życia. Ten De Niro nie był prawdziwy. Raczej. Co by prawdziwy De Niro robił na naszej stołówce? Na pewno by się nie śmiał.

Wiele dni później, a kilka dni wcześniej od dzisiaj. Idę wczesną nocą przez miasto. Pusto jakoś, a wydawałoby się, że życie jakieś jednak powinno się toczyć. Przecież to nie wieś i lamp naftowych nie trzeba oszczędzać i z pianiem kogutów wstawać. A tu zdziwienie mnie ogarnia, że tylko w paru miejscach grupki ludzi napotkać mogłem. Jedna kopała akurat Murzyna, to z miejsca zignorowałem, bo w takie kwestie wolę się nie mieszać. Po prostu nie znam się na tym. Nie wiem, co dobre, a co złe. Może to nawet nie był Murzyn? Może nawet nikogo nie kopano? Ciemno było i słabo widziałem. Przechodzę obok popularnego klubu dla studentów i nie tylko. Wchodzić nie zamierzam. Z przeciwka idzie człowiek zgarbiony. Mija mnie. A mózg śle mi informacje, że o to pan poseł właśnie przeszedł obok mnie. Najprawdziwszy poseł. Taki jak to w telewizorze się czasem pojawi i powie coś mądrego. Noc. Klub dla studentów i poseł czterdziestoparoletni. Zgarbiony na dodatek, bo mu tak służba państwu ciąży, że wyprostować się już nie może. Zaciekawiony tym spotkaniem zwolniłem tempo, by zerknąć, dokąd zmierza. Mógłbym powiedzieć „dzień dobry” albo „dobranoc”, ale raz, że się w porę nie zorientowałem, a dwa, że od ludzi na wysokich stanowiskach to podobno tylko w mordę można dostać, więc wolałem nie ryzykować. Zerkam, więc tylko, dokąd pójdzie i co zrobi. Widzę jak wita się z jakąś parą stojącą pod klubem. Młoda dziewczyna, młody chłopak. Z nią buzi w policzki oba, ale nie trzy razy, z nim chyba wcale. Nie widziałem dokładnie, bo akurat kawałek tynku z pobliskiego budynku wpadł mi w oko. Pechowy człowiek ze mnie. Czasem. A może to kara za podglądactwo natrętne? Jako, że nikt nie strzelał i narkotykami nie handlował, tylko stał i rozmawiał, a oko piekło coraz mocniej, to zdecydowałem się zakończyć tę obserwację i już ostatecznie do domu udać. W powrotnej drodze towarzyszyły mi myśli różne. Między innymi takie, że gdybym to ja o tyle lat młodszą dziewczynę pocałował, nawet w policzek, to bym musiał żonie się gęsto tłumaczyć. A że ja raczej rzadki jestem, to mógłbym się nie wytłumaczyć. Więc nie całuję. A gdyby nie żona, to społeczeństwo zaraz by krzyknęło, że pedofil, dzieci z przedszkola molestuje i uciekać bym mógł tylko. Tylko nie wiem gdzie, bo na dalekie ucieczki mnie nie stać, a blisko to nie ma sensu, bo znajdą i na widły nadzieją. Zwłaszcza na Szwajcarię mnie nie stać. Nawet Romka o radę bym spytać nie mógł, bo ostatni raz, to go właśnie w tej Szwajcarii widziałem. W telewizorze. I od tamtego czasu cisza. Lepiej nie robić rzeczy, których można potem żałować. W domu oko przemyłem i spać poszedłem. Następnego dnia sprawdziłem, kim dokładnie ten pan poseł był. Okazało się, że już posłem nie jest, więc spokojnie mogłem się przywitać i może nawet buzi dostać, a nie w mordę. Ale jak człowiek nie jest na bieżąco z polityką, to potem może mieć tylko pretensje do siebie, że szanse na ciekawe znajomości traci. Tylko, czemu taki zgarbiony szedł, jak już krajowi służyć nie musi? Jeśli go spotkam kiedyś, to może spytam. Jeśli akurat odwagę będę miał. Jeśli zapomnę z domu zabrać, to trudno. Przeżyję, bez tej wiedzy. Podejdę do okna. Postoję i popatrzę. Jeśli coś zobaczę, to więcej w tym prawdziwości będzie, niż w nierealnych spotkaniach, realnych ludzi, na mieście i w środkach komunikacji miejskiej. Przynajmniej nie będę musiał się zastanawiać, czy goła baba na balkonie jest prawdziwa, czy to tylko duży telewizor.

W tramwaju wszystko zdarzyć się może

Jechałem niedawno tramwajem. Niby nic nadzwyczajnego, tysiące ludzi tramwajami jeździ każdego dnia i wielkich historii z tego nie robi. Czemu, więc ja chciałem się z Wami tą historią podzielić? Czy myśleliście kiedykolwiek nad tym, że może nawet zwyczajna jazda tramwajem, tak naprawdę jest czymś więcej? Ja nie myślałem… do pewnego momentu. A teraz sam już nie wiem co o tym myśleć. Chyba jeszcze trochę pomyślę, to może coś wymyślę, do czegoś dojdę i coś z tego będzie, ale póki co, pozostaje mi tylko podzielić się z Wami pewnym spostrzeżeniem.

Cofnijmy się więc w czasie o dni kilka (sformułowanie „cofnijmy się w czasie”, jest tu bardziej istotne niż myślicie), usiądźmy w tramwaju i spójrzmy moimi oczami przed siebie. Co widzimy? Obdrapane siedzenia, porysowane okna, przyklejoną gumę i trzy wlepki. Nie skupiajmy się jednak na takich drobnostkach, bowiem za rok czy pięćdziesiąt lat, już ich nie będzie. Spójrzmy szerzej, na ludzi. Kilka starych kobiet, kilku starych mężczyzn, człowiek w dresie, człowiek w szaliku lokalnego klubu sportowego, człowiek ciut za ładnie ubrany, jak na jazdę tramwajem, uczniowie. Wyjątkowo jak na porę popołudniową tramwaj jest dość luźny. Dalej nie widzimy nic nadzwyczajnego. Pora więc mocno wysilić wzrok i przyjrzeć się człowiekowi w szaliku klubu sportowego. Nie istotne jaki to był klub, istotniejsze jest to, że na pierwszy rzut oka człowiek ten wyglądał na lekko psychicznie chorego (dalej myślicie, że patrzycie moimi oczami? Może Wam też przydałoby się leczenie?). Jego zachowanie odbiegało od zachowania typowego pasażera tramwaju. Nie patrzył smutno przez okno, nie patrzył smutno w podłogę, nie pluł na szyby i nie wycinał nożem podobizny penisa na siedzeniu. Zamiast tego chodził po całym wagonie i dokładnie sprawdzał kasowniki. Kanar pomyśleć by można. Ale to nie był kanar. Aż tak charakterystycznego wyglądu nie miał. Gdybyśmy nasze analizowanie jego zachowania zatrzymali w tym momencie, to nasze myśli podpowiedziałby nam, że jego rozwój zatrzymałby się na etapie pięciolatka, ale poanalizujmy jeszcze chwilę, bo sprawa nie jest tak błaha, jak się pozornie wydaje. Czemu w regularnych odstępach czasu ktoś podchodzi do kasownika i coś sprawdza. Czemu trzyma długopis, ale nie trzyma kartki? Czemu na początku tego akapitu nawiązałem do podróży w czasie? Jeśli pomyślicie nieco i odrzucicie prawdopodobne wytłumaczenia tych zachowań, to pozostanie tylko jedna, jedynie słuszna odpowiedź. Człowiek ten był podróżnikiem w czasie! Nie! Ale z Was głąby. Komu przyszła do głowy taka odpowiedź, może już przestać czytać, wstać, iść w kąt, uklęknąć na grochu i głośno powtarzać „jezdem debilem”. Sugerujecie się wszystkim co Wam napiszę. Wstyd mi za Was moi drodzy czytelnicy. Co? Ktoś ma jakąś inną odpowiedź? Znowu widzę las rąk w górze… a jeszcze więcej pod biurkami i kołdrami. Niegrzeczni czytelnicy! Na wszystkie swoje pytania muszę odpowiadać sam, nie mogę na Was liczyć. Trudno. Może kiedyś mnie zaskoczycie. Usiądźcie wygodnie i przestańcie robić te wszystkie brzydkie rzeczy, które robicie. Uwaga, teraz poznacie moje zdanie, do jakiego doszedłem w procesie myślowo-poszlakowym. Człowiek miał długopis, ale nie miał kartki. Dlatego, że wszystko notował w głowie. Jeśli notujesz w głowie, to nie możesz być głupi. Jesteś mądry. Sprawdzał nie kasowniki, ale godzinę na nich podaną. Dlaczego? Bo badał zjawisko dylatacji czasu. Takie to było trudne? Następnym razem gdy posądzicie kogoś o chorobę umysłową, będziecie przed nim uciekać, próbować się wyrwać, gdy złapie Was za rękę i będzie coś bełkotać, zastanówcie się dwa razy, czy przypadkiem nie macie do czynienia z geniuszem, który mówi Wam prawdy życiowe dawno zapomnianym językiem. W końcu już wieki temu zapisano, że kto ma oczy, niech patrzy, a kto ma uszy, niech słucha, ale kto ma język, niech nie zawsze się odzywa. Jeśli znaleźliście w tej historii morał, to dobrze, a jeśli nie, to wróćcie do trzymania rąk pod kołdrą. Nikt nie patrzy.

Oddaj moje wiersze!

Jazda tramwajem stała się dla mnie czynnością tak powszednią, że aż nudną. Oglądanie śmierdzących meneli z wózkami pełnymi śmierdzącego dobytku już nie bawiło jak kiedyś. Podsłuchiwanie rozmów starych bab przestało być rozrywką, jakiej potrzebowałem. Nawet ślina wypluwana przeze mnie poza okno nie miała już tej siły przebicia i spadała smutno po szybie, zamiast pruć przed siebie, aż do spotkania z twarzą przypadkowego człowieka.

Ze smutkiem wspomniałem dawne czasy, gdy w ramach jakiejś akcji społecznej w tramwajach powieszono wiersze. Gdy człowiek wchodził do wagonu i mógł przeczytać twórczość młodych poetów, to od razu się lepiej gdzieś tam w środku robiło. Niektóre wiersze podobały mi się tak bardzo, że czytałem je wciąż od nowa, próbując zrozumieć, co autor miał na myśli. Aż w końcu pojmowałem, że jedynym celem jaki przyświecał autorowi, było odwrócenie uwagi od przystanku, na którym zwykłem wysiadać. Obcowaniem z kulturą wyższą pochłaniało mnie. Mocno pochłaniało. W pamięci niewiele mi co prawda zostawało, ale dałem radę przypomnieć sobie dwa, krótsze wiersze, które wydawało mi się wtedy, że znaczą coś więcej, niż tylko psotą są poety, zmuszającą człowieka do chwilowego oderwania się od rzeczywistości.

„Gdy gwiazdy na niebie migocą
Włączam porno w komputerze
Lubieżnie dotykam się nocą
W żadnego boga nie wierzę.”

Drugi z nieco innym przesłaniem, ale myślę, że dla ludzi obytych zrozumienie go to przysłowiowa bułka z gównem.

„Zdeflorowałem ją kijem z lasu,
Drągiem długim i twardym,
Radośnie piszczała,
Trochę płakała,
Na końcu skomlała,
A potem zasnęła,
Przysypała ją ziemia.

Córeczko!”

Niestety próba ukulturalnienia społeczeństwa się nie udała, wiersze jak znienacka się pojawiły, tak znienacka zniknęły. Podsłuchałem niedługo potem, jak dwie stare baby tłumaczyły to zjawisko. Podobno wszystkiemu winien był jakiś dzieciak, synek wysoko postawionej osoby. Podobno, gdy jechał do teatru ze szkolną wycieczką, długo przyglądał się kartce z jednym z wierszy, a po powrocie do domu spytał mamusi co to jest „defloracja”. Podobno mamusia była zła i kazała zdjąć całą poezję z komunikacji miejskiej. Od tej pory ludzie mogli tylko czytać reklamy, a dzieci miały zakaz szkolnych wyjść do teatru. Dziwnym jest, że jakoś tej wysoko postawionej kobiecie, nie przeszkadzały „kutasy” w lekturach szkolnych. A może ta pani wcale lektur nie czytała i o tych „kutasach” nie miała pojęcia? A może tam wcale nie było „kutasów”? Może tylko głodnemu chleb na myśli? Na szczęście ja nie muszę odpowiadać na te pytania, a „kutasy” mam w dupie. Nie dosłownie oczywiście. Wracając do sedna, wagony ogołocone z poezji, świeciły szaro brudnymi szybami i tylko kolorowe kartony z reklamami, jeszcze jako tako zabijały codzienną nudę w komunikacji miejskiej, mordując przy okazji komórki mózgowe. Ale coś za coś. Wedle najnowszych badań 83% ludzi lubi czytać reklamy, a 35% świata poza nimi nie widzi. Widocznie ja należałem do tych pozostałych 28%. Właśnie uświadomiłem sobie, że nigdy nie byłem z matematyki asem. Asem, rymuje się z kutasem. Tym przy pasie oczywiście. Znowu odeszliśmy od tematu. Albo „znowuż”, jakby powiedział człowiek, co to właśnie przejechał tuż za oknem tramwaju, w powozie konnym z kilku desek zbitym. Skąd się oni biorą, sam siebie zapytałem. Ze wsi! Odpowiedział mi mój wszystkowiedzący mózg. Pewnie miał rację.

Miesiące mijały. Podróżowanie tramwajem stawało się nudne do granic, a potem te granice jeszcze przekraczało. Nie raz. Ale razu innego, stało się coś nieoczekiwanego.
Samo MZK podało mi pomocną brzytwę, bym chwycił ją mocno i ostrzem odciął nudę, jaka w czasie jazdy mi towarzyszyła. W wagonach pojawił się wyciąg z regulaminu przewozu osób. Zapytacie „A nie było do tej pory?”. Oczywiście, że był. Ale ten był po angielsku! Co prawda to tylko skrót, marne kilka paragrafów, ale przyjemności obcowania z innym, nieznanym językiem nie można było odmówić. Regulamin po polsku miałem w małym palcu (akurat tym, co to go sobie prawie odciąłem, ale to temat na inną historię), natomiast świeżo przyklejony tekst po angielsku stanowił nie dość, że nowość to jeszcze wyzwanie. Jego świeżość i nieskalaność przez analityczno, przetwarzające zdolności mego mózgu prowokowała mnie. Z drugiej strony jednak hamulce wciskały moje zdolności lingwistyczne.
Po polsku przeczytałbym tekst 320 razy i zapamiętał, ale po angielsku? Tu sprawa była trudniejsza. Pewnie, gdy mając dwanaście lat i możliwość spędzania każdych wakacji u taty w Londynie, patrząc jak haruje na budowie nosząc pustaki, to przeczytanie tych kilku paragrafów nie stanowiłoby dla mnie problemu, bo obycie z obcą mową jako takie bym posiadał (ze zrozumieniem może dalej miałbym problem). Niestety moje wakacje nie miały nic wspólnego z Londynem. Z Lądkiem-Zdrój też nie miały. W tym momencie przypomniała mi się scena z pewnego filmu, którego akcja toczy się w średniowieczu. Bohater filmu podróżuje z kilkoma facetami, którzy mówią w innym języku, a on „ani be, ani me”, ale tak długo im się przysłuchuje, aż w końcu zaczyna rozumieć. Potem orientuje się, że oni tylko o dziwkach rozmawiali, a on akurat gustował w młodych chłopcach. Ale mniejsza z fabułą tego obrazu. Myśl zaświtała mi pewna. Czy jak przeczytam te angielskie słowa tysiąc razy, to je zrozumiem? Nie zaszkodzi spróbować. Czytanie nie boli. Poza tym co innego mam robić w tramwaju? Kraść złote łańcuszki? To dopiero za rok, jak zmienią przepisy i z przestępcy stanę się „wykroczeniowcem”. Zanim jednak zmienię profesję na mniej społecznie poważaną, acz większy dochód przynoszącą, to spróbuję zmierzyć się z tym językiem mi nieznanym, może coś dobrego z tego wyniknie? Smutna tylko mi myśl towarzyszyła taka, że bohater filmu może i pojął język swoich kompanów, bowiem w średniowieczu wystarczyło znać tylko kilka słów, by radośnie egzystować w społeczeństwie. „Wilk, matka, dom… ksiądz, danina, dziesięcina… pokuta, widły, pochodnie… stryczek, grzech i piekło” i człowiek sobie jakoś radził, a nawet bogate życie towarzyskie prowadził. A dziś mamy 150 nazw rodzajów butów, a i tak mówimy na nie „te zielone” lub „te skórzane”. Gdyby chociaż ten regulamin był po niemiecku, to może, może coś, ociupinkę bym pojął. W młodości oglądałem filmy, gdzie wysocy blondyni, oddają życie za zjednoczoną Europę. Filmy te na lata ukształtowały mój światopogląd. Dopiero studia uświadomiły mi, że jak ktoś nad jajami nosi napis „Gott mit uns” to jeszcze nie oznacza, że Bóg nad swoimi jajami napisał „Ich bin bei dir”.

Spotting: 17

Nawiązując do artykułu, który ukazał się kilka dni temu na portalu gazeta.pl.

Widziałem Cię! Jechaliśmy tym samym tramwajem, tym samym wagonem. Drugim wagonem. Gdy ja wsiadałem, Ty już tam byłeś. Siedziałeś po środku. Cały wagon był pusty. Zauważyłbyś mnie, gdybyś tylko chciał. Pogrążony byłeś w myślach. Jakich? Nie wiem. Może było Ci smutno, może wręcz przeciwnie. Ale kto ze szczęścia jeździ sam w drugim wagonie tramwaju? Może ukradkiem zerkałeś przez okno. Na ludzi? Ludzi tak innych od Ciebie. Zazdrościłeś? Wyśmiewałeś? Nie byłem w Twojej głowie. Nigdy nie będę. Gdybyś wtedy spojrzał na drzwi. Zwrócił na mnie uwagę. Może mógłbym zasiać wtedy w Twojej głowie jedną myśl. Jedną prośbę. Bardzo małą, ale bardzo pożyteczną. Może nie pożyteczną Tobie, ale innym. Ludziom, którzy musieli jechać z Tobą tym tramwajem. PRZESTAŃ ŚMIERDZIEĆ!!! Tylko tyle mam Ci do przekazania. Ty żulu, ty pijaku w niebiesko-czarnej kurtce… UMYJ SIĘ! A jeśli już musisz śmierdzieć, to chociaż nie wsiadaj do tramwaju. Jeśli to czytasz, to mam nadzieję, że zrozumiesz. O nic więcej nie proszę.

Konsekwencje spontaniczności Mariana w zderzeniu z materią nieożywioną

Szedłem kiedyś z Marianem chodnikiem wzdłuż ulicy. Rosły tam drzewa liściaste dość wysokie nawet. Zagajam do niego „Marian, nie wejdziesz na drzewo?”. Patrzę, a ten mi już prawie z samego czubka po chwili ręką macha. Myślę sobie, że to za prosta nie-prośba i nie-zadanie było. Spróbowałem, więc czegoś trudniejszego. Akurat moje bystre oko lewe dostrzegło w odległości metrów więcej niż dwudziestu, dziadka co szedł sobie powolutku przed siebie. Mówię do Mariana „Marian, nie rzucisz kamieniem w tego dziadka?”. Oczywiście wcale nie chciałem by rzucał, bo czemu dziadek ma cierpieć, za swoje przypadkowe pojawienie się na naszej drodze? Ale Marian ochoczo już odpowiedniego kamienia na pobliskim torowisku szuka. O dziwo znajduje płaski, obły, idealny do puszczania kaczek i nawet podobnym rzutem, jakby całe życie nad jeziorem spędził, posyła ten kamień wielkim trafem znaleziony, idealnie w głowę dziadka, co też powoduje natychmiastową wywrotkę tego. Dziadek upadł, ale wstał. Niestety tylko po to, by znaleźć się na bezpośredniej linii ataku Mariana. Z ledwością go powstrzymałem, a dziadka przeprosiłem za kolegi zachowanie. Nie lubię gdy Marian wychodzi z inicjatywą. Jest w tej swojej spontaniczności mocno bezmyślny i boję się, że kiedyś coś mu się stanie i nie będzie to moja wina, jak ostatnio. Powiedziałem do niego „Marian, nie zatrzymasz tramwaju?”. A on już na torowisko wbiega, nawet nie zdążyłem go pochwycić, nogami się zaparł, jakby z niedźwiedziem miał walczyć, a nie wielotonowym metalowym kolosem. Motorniczy tylko zdążył dzwonek alarmowy zapuścić, ale nic to nie dało. Marian poległ. Na szczęście nie w sensie życiowym, a jedynie zadaniowym. Nie zatrzymał tramwaju. Nie dał rady. Szczęście w nieszczęściu, że sytuacja miała miejsce niedaleko szpitala, więc szybko go tam odstawiłem, bo o dziwo po zderzeniu nawet poruszać się mógł. Adrenalina swoje zrobiła i zanim ciało Mariana dowiedziało się o złamanych kościach to trochę czasu minęło. Wylądował w szpitalu. Odwiedzałem go czasem. Gdy tylko mogłem. Ale to już nie był ten sam Marian. Coś w nim pękło. Myślę, że zrozumiał, że nie może wszystkiego. Uświadomił sobie, że nie jest bogiem. I choć teraz wydarzenia te są tylko mglistym wspomnieniem, zabawną anegdotą z jego życia, a naszych wspólnych przygód, to jeśli spojrzycie głęboko w oczy Mariana, zobaczycie mały szary punkcik… zgasłą wiarą w nieskończoną moc człowieka.