To tryb dla jednego gracza

Ktoś powiedział, jeśli chcesz ciekawie pisać, to ciekawie żyj. Jeśli chcesz ciekawie żyć, to pisz ciekawie. Jeśli nie umiesz pisać, to nie pisz. Jeśli nie umiesz żyć, to nie żyj. Umrzyj. I tak nikt nie zauważy. Może jedynie twój pies, jak go trzeci dzień z rzędu nie wyprowadzisz. Na kota bym nie liczył. Co najwyżej zje twoją gałkę oczną. Jeśli masz szczury, to zapomnij o otwarciu trumny na pogrzebie. Z resztą, kto by miał ją otworzyć, skoro jesteś sam, bo nie umiałeś żyć?

Zadzwonił do mnie siostrzeniec. Wujku, zawieziesz mnie do centrum handlowego? Po co? –spytałem. I tu mi zaczął wyjaśniać, że rodzice obiecali mu jakąś konsolę czy coś podobnego, rozrywce służącego i chciał w sklepie obejrzeć. Nie spytałem dlatego, że mnie to jakoś szczególnie interesowało. Rzecz w tym, że mój czas jest bezcenny i nie wiem czy chcę go tracić na chodzenie po sklepach z jakimś dzieciakiem, mimo, że to rodzina. A na wszystkich zdjęciach jakoś źle wyszedłem. Czas jest bezcenny, dla mnie mój najbardziej. Nie znalazłem jeszcze sklepu z czasem, wszędzie mają tylko zegarki, ale to nie ta droga. Może wolałbym pogapić się przez okno albo poskakać po kanałach, bo na bieganie w kanałach spóźniłem się parę lat. Wujku? Jesteś tam? Słuchawka mi piszczy do ucha. No jestem. Gdzie mam być? Na wojnie? Zgodziłem się z nim pojechać, niech wie, że dorośli czasem też się do czegoś przydają. Może za stracony czas ktoś mi kiedyś szczerym złotem zapłaci. Nie.

Jesteśmy już w centrum. Dziecko jak to dzieci niektóre, coś tam gada bez przerwy o jakichś rzeczach, o których nie mam pojęcia. Przytakuję, żeby nie wyjść na zgreda, ale tak naprawdę to wypatruję galerianek. Tyle o nich słyszałem, ale sam na własne oczy żadnej nie widziałem, a podobno ceny konkurencyjne mają, tylko nie wiadomo co na to prokurator, ale że nie korzystam z takich usług, to mam to w dupie. One może też mają coś w dupie, ale im, chociaż za to płacą. Popatrzeć bym po prostu chciał. Zamiast kuso ubranych, młodych dziewczyn, widzę mocno odziane stare baby. Te pierwsze rzekomo zrobią coś za parę spodni, te drugie wymacają wszystkie bułki, zanim znajdą tą dla nich, specjalnie ukrytą na dnie, przez panią piekarkę. Pieczarkę. Tak właśnie, starym ludziom wszyscy chcą zaszkodzić i złośliwie zamieniają w domu sól z cukrem, a papier toaletowy z tygodnikiem telewizyjnym. Potem usłyszysz jeszcze, że to twoja wina i śliną w twarz dostaniesz. Ale trzy różańce załatwią sprawę, bo to akurat z głowy nie wyleciało i człowiek jak nowo narodzony może czekać na upragnione 900 zł od państwa za czterdzieści lat machania kilofem pod ziemią. Na wódkę i telewizję starczy, kajzerkę wymacaną też, kościół jest za darmo. Przynajmniej tak im się wydaje.

Wchodzimy do sklepu ze sprzętem AGD i RTV i HWD i tak chodzimy między tymi półkami, aż chłopak znajdzie to, czego szuka. Powiedziałbym mu, do której alejki się udać, bo umiem czytać, ale nie chcę dzieciaka dołować swoimi super mocami. Z resztą on z innego pokolenia już. Całkowicie obrazkowego, po co mu taka archaiczna umiejętność jak czytanie. A jeszcze ze zrozumieniem? Na co to? Chyba, żeby studia skończyć i w urzędzie pracy wylądować. Jako petent oczywiście. Po trzech kilometrach i z odciskami na palcach dochodzimy do półek z tymi konsolami, tak przez niego chcianymi. Niech sobie poogląda. Ja sobie pooglądam telewizję w jednym ze stu pięćdziesięciu telewizorów. Akurat wszędzie kanał testowy sklepu leci, więc przynajmniej gdzie nie spojrzę, to wątku nie stracę. Coś mnie ciągnie za rękę. Wyrywa z transu. Nie galerianka i nie babcia, tylko znowu ten chłopak, któremu obiecałem pomóc. Znalazł konsolę podłączoną do telewizora, pograć chce. Ale, żeby nie obyło się bez udziwnień, to wstawili jakiś gadżet przed telewizorem, co to sprawia, że można w dwie osoby grać na jednym telewizorze, bez dzielenia ekranu. A do tego jakieś folie kolorowe wystarczą. Technikę na wysokim poziomie teraz mamy. Nie mogę się doczekać, aż na Księżycu w końcu wylądujemy. My – ludzie, rzecz jasna. My – ja i on, to jedynie nad Bałtykiem „morze-my” wylądować. Biorę, więc w ręce tego pada, co to do sterowania służy i nagle coś mnie wpycha za kierownicę samochodu, bo akurat taka gierka włączona była. Jadę, więc tępo przed siebie, nie ważne gdzie i po co. To jest wyścig, niby powinno mi zależeć, żeby wygrać, tyle tylko, że ktoś ten wyścig rozpoczął kilka godzin temu i czego bym nie zrobił, to będę na ósmym miejscu. Na osiem możliwych. Siostrzeniec podobnie. Złotego pucharu też jakoś nie widzę obok, więc po co się starać? Nikt szampanem nie strzeli. Co najwyżej pięścią, jak spojrzysz nie tam gdzie trzeba. Ja się nie staram, chłopak przeciwnie. Macha tym padem, jak chirurg-amator skalpelem, przy pierwszej operacji. Jedziemy, rozbijamy się, jedziemy dalej. Jak to w życiu. Gdy jedziesz za szybko, to się rozbijesz. Gdy się rozbijesz i przeżyjesz, to może wlepią ci mandat, a jak ktoś inny nie przeżył przy okazji, to wlepią ci więzienie. Byłeś pijany? Wszystko razy dwa. Jesteś kimś przez duże K? Wszystko razy zero. Jedź dalej, droga wolna. Przepraszamy. Maskę wyklepiemy gratis. Jesteś kurwą przez duże K. Ciesz się. Kiedyś i tak umrzesz. W grach wyścigowych takich zawiłości nie ma. Brak przechodniów i alkoholu pomiędzy wyścigami znacząco spłyca rozgrywkę. Ale dzieciom to niepotrzebne. Chociaż niektóre uważają inaczej. Zerkam w stronę siostrzeńca, patrzę jak mu idzie. Dziwnie podobnie jak mnie. Ja na zakręcie, on na zakręcie. Ja wpadam na ścianę, on wpada na ścianę. Co rodzina, to jednak rodzina. Gdzieś tam w nim płynie jakaś wspólna część krwi to i zachowania podobne mamy. Mój samochód staje, jego także. On próbuje ruszyć, ja dalej stoję. Chwila namysłu. Słuchaj – mówię – chyba tylko ja jadę. Ktoś włączył tryb dla jednego gracza. Ruszam jego padem. Tak. Tylko ja jechałem. Gdzieś w głowie rodzi się myśl, że ta gra to trochę tak jak życie. Myślisz, że kierujesz, ale tak nie jest. Myślisz, że żyjesz. Chcesz być pierwszy, ale na mecie jesteś ostatni. To tylko gra. To tylko życie. Jednak czy dzieciak to zrozumie? Może kiedyś. Może kiedyś zapyta „wujku, czym jest życie?”. Wtedy mu opowiem „A pamiętasz jak byłeś mały i graliśmy w wyścigi? Myślałeś wtedy, że się ścigasz… to właśnie jest życie”. Dziś wolę mu nie tłumaczyć. Dzieciak jest zasmucony. Poczuł gdzieś w środku ukłucie, które poczuje jeszcze nie raz w życiu. Mówię mu, że możemy się zamienić, jeśli chce sobie pojeździć, ale on już nie chce. Konsoli też nie chce. Pewnie chwilowo. Niech mu wystarczy „100 gier” z bazaru. Wszystkie to Tetris, ale co z tego? Sto zawodów, ale wszystkie po pięć złoty za godzinę. Nadgodziny za darmo wyrabiasz. Co z tego? Takie życie. Niech się chłopak w końcu nauczy, że tak to już jest. Myślisz, że masz na coś wpływ, że twoje działania jakieś reakcje wywołują. Masz rację. Wywołują. Tylko, kogo to obchodzi? Ciebie, ją, jego i kilka innych osób. Nikogo więcej. W odpowiednio dużych społecznościach rola jednostki marginalizuje się do tego stopnia, że jest już tylko statystyką. Myślisz, że kierujesz i decydujesz gdzie skręcić. Częściej, kto inny za ciebie zdecyduje i pośle, na odpowiedni, lub nie, tor. I nawet od ciebie nie zależy czy dojedziesz na miejsce. Możesz się starać, pewnie, to nawet wskazane, ale nie zdziw się, jak na mecie nie będzie kwiatów tylko głośne BUM! Tryśnie coś czerwonego. Zasmucę cię. To nie czerwony szampan z butelki. Bąbelki są? W krwi też. I też tryska. Ale to nie twoja wina. Nie ty, nie ja i nie oni ustalali zasady. Jak coś cię ukłuje w środku, to weź środek przeciwbólowy i żyj dalej tak, jak chcą żebyś żył. Kup konsolę, znajdź galeriankę, wymacaj idealną kajzerkę. Nie jesteś kurwą. To powód do dumy. Pamiętaj o tym.

Jeśli masz rybki, to najpewniej nim cię ktokolwiek znalazł, one już leżą na dnie akwarium, a woda śmierdzi. Jeśli masz karaluchy, to wiedz, że są one złe, bo od trzech dni nie było żadnych resztek w kuchni. Idą po ciebie.

Reklamy

Od trzech do pięciu

Jakiś głos mówi mi „nie jedź”. Nie słucham. Wchodzę do windy. Nie będę szedł po schodach, tylko dlatego, że coś w mojej głowie tak chce. Skąd mam wiedzieć, że to coś podstępnie nie chce doprowadzić mnie do zawału między szóstym, a siódmym piętrem? Jestem w windzie. „Nie jedź, urwie się!”. Wciskam guzik. Nauczyłem się ignorować ten głos. Zbyt wiele razy powtarzał „nie jedź, urwie się”. Spaść z urwaną windą, to jak wygrać w totka. Czemu by mnie miało to szczęście spotkać? To tak mało prawdopodobne. Winda rusza.

Przypomina mi się sen, który mam co jakiś czas. Wsiadam w nim do windy, ta jedzie w górę, ale coraz wolniej, coraz ciężej pracują silniki, aż w końcu staje i miota się to w górę, to w dół, jakby jeszcze resztkami sił chciała dojechać do wskazanego piętra, ale już wie, że nie da rady i nagle zaczyna spadać. Leci w dół niczym Ikar, a ja budzę się nim podłoga razem ze mną roztrzaska się poniżej parteru, a moje ciało zgniecie spadający za nią sufit i ciężkie liny. Spoglądam na tabliczkę znamionową, co to ją ktoś umieścił w samym rogu, wspaniałomyślnie, dzięki czemu nie została zamalowana kolejnym wizerunkiem penisa, markera jakiegoś niespełnionego artysty, o którym świat nie słyszał i nie usłyszy. Czytam „model Dedal…” jak na złość, chociaż tak naprawdę nie jestem zły, ale nie powiem, ulżyło mi. „Lepiej dolecieć z Dedalem niż spaść z Ikarem” mówię sobie pod nosem i sam się uśmiecham, z powodu hasła reklamowego, które tak przypadkiem wymyśliłem. Gdyby tylko były linie lotnicze o takiej nazwie to już bym je im wcisnął, a za zarobione pieniądze pojechał do Złotych Piasków. Ale nie ma takich linii, nie ma zarobionych pieniędzy i nie będzie Złotych Piasków. Zgrzyt. Winda staje, ale nie tam gdzie powinna. Mam się bać? Jeszcze nie. Póki stoi, to nie spada. Strach pojawi się jak zacznę lecieć. Wiem, że są hamulce bezpieczeństwa i pewnie inne zabezpieczenia, ale wiem też, że robotnicy montujący tą windę lubili się napić w czasie pracy. Może te hamulce leżą teraz na kupie surowców wtórnych? Mała metalowa puszka, która mnie zgniecie. Upadek tak ważny, jak „Upadek Ikara”. Będę w każdych wiadomościach przez trzy do pięciu minut. Jutro zapomną. Lecz wcześniej ktoś postawi znicz pod windą, ktoś inny maskotkę. Po co mi znicz i maskotka, skoro jestem rozsmarowany na kilku metrach kwadratowych. Ktoś zeskrobie moje resztki ze ścian szybu, ktoś inny ukradnie portfel z rozgniecionych spodni, który cudem się nie rozgniótł, weźmie moje karty bankomatowe i opróżni konta, a potem na mój dowód weźmie kredyt, bo przecież nikt nie sprawdzi czy on to ja, może nawet bank zadzwoni, ale mój zmiażdżony telefon nie złapie sygnału… chorą fantazje przerywa głos „Hey, Hey, I saved the world today…”. Boże, to Ty? Rzucam pytaniem w przestrzeń. Uratowałeś mnie? Trzymasz windę? Tylko, czemu mówisz do mnie po angielsku? Czemu masz damski głos i czemu pochodzi on z mojej kieszeni? To nie Bóg, ani nawet bóg. To telefon. Odbieram. Po chwili żałuję, że odebrałem. Nie, nie mam chwili czasu na odpowiedź na pytania, nie będę wypełniał telefonicznej ankiety, bo jestem bardzo zajęty. Bardzo! Rozłączam się. Ktoś by powiedział, że to niegrzeczne, że przecież nic nie robię, tylko stoję w stojącej windzie. Po pierwsze to stoję, bo nie mogę usiąść, bo na podłodze jest coś, co najprawdopodobniej jest kałużą moczu, a po drugie to nie „nic nie robię” tylko walczę o przetrwanie. O życie. Moje. Siedzę w blaszanej puszce z fiutem na ścianie (nie moim, narysowanym) i moczem na podłodze (nie moim, zastanym). Możecie mi mówić „Major Tom”. Albo nie, bo ja w przeciwieństwie do niego mogę coś zrobić, a stąd ziemia wcale nie jest niebieska, (co prawda jej teraz nie widzę, ale wiem). Jest czarna, jak odchody z dużą domieszką krwi. Zabawne. Mogę coś zrobić i robię. Oczywiście nie z kolorem ziemi tylko z moją sytuacją. Dzwonię na numer podany na tabliczce. Gdy za trzecim razem ktoś odbiera, to od razu ma dobrą wiadomość. Uratują mnie. Za trzy do pięciu godzin. Były jakieś skoki napięcia w okolicy i podobno nie jeden „Dedal” nie dojechał. Pocieszają, że gdyby to był model „Ikar” to już bym był na parterze. Zgnieciony. Nie jestem w stanie stać tak długo. Osuwam się na podłogę, jak najdalej od tej dziwnej cieczy, ale to trudne. Ciecz zawłaszczyła spory fragment i chyba ma ochotę na więcej. Mijają minuty. Odgłosy wirnika, co to ma mi powietrze dawać, bym się nie udusił w tej chińskiej celi, usypiają mnie. Śnię o tym, że jadę windą. Te sam sen. Ten sam koszmar. Winda spada, budzę się nim się rozbije. Winda spada. To już nie jest sen. Krzyczę. Krzyczę głośniej. Chwila namysłu. Nie, jednak zjeżdża. By dodać dramatyzmu, jeszcze chwilę pokrzyczę. Jestem uratowany. Radość zaczyna panować w moim mózgu i nawet nie zauważam, że gdy zasnąłem to osunąłem się twarzą w te szczyny. Mam nadzieję, że zrobił to jakiś pies, a nie menel. Przypomina mi się jak zginąłem parę razy we śnie. Czy to postrzał, czy to nóż, zawsze od rany rozchodziło się takie przyjemne ciepło. Na filmach mówią, że robi się zimno. A mi jakoś na odwrót. Komu wierzyć? Snom, czy fabryce snów? Parter. Drzwi się otwierają. Zamiast kwiatów i radosnych okrzyków, dwóch spoconych robotników. Dziękuję im za uratowanie mi życia. Ciekawe czy słyszeli jak krzyczę? Mówią, że już winda już działa sprawnie i mogę jechać w górę, a ja mówię, że tym razem wybiorę schody, bo jakoś chwilowo straciłem zaufanie do maszyn. Żeby tylko tego mój komputer nie usłyszał, bo mnie popieści prądem. Niby przypadkiem. Maszyny takie są. Nie dość, że złośliwe to jeszcze w zmowie. Pewnego dnia staną wszystkie windy, zgasną wszystkie latarnie, a wszystkie reaktory stopią rdzenie. I żaden komputer nie powiadomi o tym człowieka. Ludzie będą żarli do samego końca napromieniowane mikrofalami zupki w proszku. Zapamiętajcie. Maszyny takie są. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Wybrałem schody, „wybrałem życie”. Mijam jeszcze kobietę, co to właśnie do bloku weszła i zaraz wybierze windę. Jeśli ma szczęście to wybierze ją na kilka godzin. Widzę, że w reklamówce ma czerwony znicz i pluszaka. Wiem, że tym razem to nie dla mnie. Ja wybrałem życie. Ktoś inny, dla kogo ten znicz i pluszak są przeznaczone, może też wybrał życie. Miał tylko pecha spotkać się z kimś, kto wybrał śmierć. Wiecie, gdy spotkają się dwie osoby, jedna chcąca żyć, druga pędząca w stronę śmierci, to plus z minusem zawsze daje minus. Dwa minusy. Zwłaszcza jak ta pędząca w stronę życia po życiu, (którego nie ma), siedzi za kółkiem kilkusetkilogramowego samochodu, a ta druga siedzi na sześciokilogramowym rowerze. Dwa minusy, inaczej być nie może. Idę po schodach. Pierwsze piętro. Drugie. Trzecie. Czwarte. Piąte. Szóste. Ukłucie w sercu. Boli. Dalej szóste. Boli bardziej. Siadam na podłodze. Wciąż jest to szóste piętro. W moim ciele rozchodzi się ciepło. Nie jest przyjemne. Sny kłamały. Fabryka snów też.